Pamiętniki kocich przygód stały się bardzo popularne na stronach hodowli kotków. Ja też bardzo chciałam mieć swój ale moje ludziki nijak nie rozumieją kociego i choć dosyć głośno wrzeszczałam, miałczałam, mrałkałam to wszystko na nic bo nic a nic nie rozumieli co do nich mówię. Ale ponieważ wiedzieli że jest coś na rzeczy i bardzo usilnie staram się im coś przekazać umówili mnie na rozmowę z Panią Margolą, która jak mi tłumaczyli jest specjalistką od kociego języka i wszystkie kotki dobrze rozumie. I faktycznie pewnego pięknego dnia pancia zapakowała mnie w moim pięknym nosidełku do auta , pojechaliśmy z wizytą do mojego medium. Pani Margola przywitała nas na tarasie swego domu gdzie stało bardzo dużo pięknych kolorowych kwiatów ale co tam kwiaty po ogrodzie chodziły cztery piękne kocice więc zaczełam sie wiercić w nosidełku aby zaraz do nich dołączyć i pewnie bym się wyrwała panci gdyby nie przyhamował mnie ten wielki pies wychodzący zza drzewa i słowa Pani Margoli takie delikatne i ciepłe pytające się mnie o czym to ja chciałam tak bardzo porozmawiać ze swoimi opiekunami. Miałknełam cichutko i ta miła Pani zabrała mnie do swojego pokoiku a mojej panci kazała poczekać na tarasie. Gadałyśmy chyba z godzinę bo przecierz musiałam koniecznie opowiedzieć o moich przygodach ostatniej nocy aby moi opiekunowie nie myśleli że je jestem czemuś winna. Pani Margola wnikliwie spisała moją historię i przekazała mojej panci. Dzięki takim czarodziejkom możecie dzisiaj poczytać co to mnie spotkało ostatniej nocy - pewnie jeszcze nie raz będę domagała się wyjazdu do Pani Margoli aby opowiedzieć tym moim nierozumiejącym ludzikom co mnie dręczy, tylko żeby tych psów już tam nie było.

    - Ależ miałam dziśœ w nocy przygodę ! -Mówię wam!

    ŒŚpiochałam sobie słodko, kiedy to nagle do mojego noska doleciał zapach pysznej saszetki.Wytężyłam węch, nadstawiłam uszu i usłyszałam szmer dochodzący z kąta. Wstawać z miękkiego łóżeczka nie niezbyt mi się chciało, ale szelest saszetki stał się głośniejszy. Z oporami, bo z oporami ale jednak zaczęłam się podnosić. Wyszłam z leżanki. Przeciągnęłam się raz, drugi, trzeci, podostrzyłam na dywanie pazurki i rozejrzałam dookoła. Nie zobaczyłam nic szczególnego. Ludziki spały,nikogo nie było przy lodówce - więc skąd wziął się ten zapach jedzonka? Zastanowiłam się, ale nic nie przychodziło mi do głowy.

    Już miałam zamiar położyć się z powrotem, gdy nagle spostrzegłam ruch w kącie za tym meblem, który ma cztery wyciągane leżanki (ludziki mówią na to szuflady).Bezszelestnie podeszłam bliżej - to stąd dochodził zapach saszetki, tylko gdzie ona była?

- Jak to dobrze być kotem i widzieć w ciemnoœściach -pomyślałam podchodząc jeszcze bliżej.

 Wtem moim oczom ukazał się dziwny widok; malutka,szara, trzęsąca się saszetka. Wiedziałam że coœś z tą saszetką jest nie tak. Saszetki od ludzików nigdy się nie trzęsą... Wyciągnęłam  pazurki i dotknęłam saszetki łapką, ta jednak skuliła się jeszcze bardziej i jeszcze bardziej się trzęsła. Myślałam sobie

- Chyba nie otwarta ..., spróbuję dobrać się do niej od innej strony.

Cofnęłam się o krok, a saszetka wydała z siebie pisk i w nogi! Oczy otwarłam szerzej ze zdziwienia.

-Od kiedy to saszetki uciekają? Muszę ją zdobyć, ona tak smakowicie pachnie.

Wyprężyłam grzbiet i ruszyłam w pogoń za nią. Najpierw wzdłuż ściany. Biegłam tak szybko, że prawie w nią uderzyłam. Zatrzymałam się na moment, saszetka zniknęła z mojego pola widzenia. Rozglądnęłam się w prawo i w lewo.

- Jest tam! Siedzi pod stołem i się trzęsie; muszę ją dogonić...

Wbiegłam pod stół potrącając po drodze krzesło.Najwyraźniej wystraszyło saszetkę, bo wydała z siebie przeraźliwy pisk i pobiegła w stronę fotela. Więc ja szybciutko za nią, a ona dalej ucieka.Skręciła w stronę kuchni. Uciekała tak szybko, że gdy ją œścigałam nie mogłam się wyrobić i poślizgnęłam się na zakręcie. Wbiegłam za nią do kuchni, ale jej nie widziałam. Pochodziłam przez chwilę wokół stołu, ale nic się nie działo.

- Nie ma jej, moja saszetka zniknęła - pomyślałam ze smutkiem.

Postanowiłam sprawdzić każdy kąt. Zaczęłam od moich misek - w końcu saszetka powinna leżeć na miseczce, prawda?

Obwąchałam dokładnie wszystkie miski, ale jedzonka ani śladu. Sprawdziłam pod oknem, szukałam  też przy zlewozmywaku. Nie poddawałam się. Otwarłam szafkę i sprawdziłam dokładnie jej zawartość, niestety tam też nic nie było. Otwarłam szafkę stojącą w pobliżu lodówki. W szafce schowane były te duże miski, które ludziki nazywają garnkami.Z nadzieją, że saszetka jest gdzieśœ w nich zajrzałam do środka. Garnek leżący najbliżej krawędzi spadł na podłogę z wielkim hukiem. W tym momencie zza lodówki głośno piszcząc wyleciała moja saszetka.

- Mam cię! - ucieszyłam się niezmiernie.

Rzuciłam się w jej stronę, ale ona znów uciekała.Wpadłam na pomysł, żeby zagonić ją do kąta, gdzie stoi moje poidełko i odgrodzić jej drogę ucieczki.

   W ciemności widać było tylko moje oczy odbijające słabe œświatło latarni stojącej na dworze. Mi w zupełności wystarcza takailość œświatła. Saszetkę widziałam Doskonale, biegała w kółko przy moim poidełku. Saszetka prawie wpadła do wody, kiedy wyciągnęłam w jej stronę pazurki ,a ja zmoczyłam sobie końcówkę ogonka. Chwyciłam ją łapkami i powąchałam. 

- Apetycznie pachnące mięsko - myślałam.

Nie wiedziałam jednak jak się do niego zabrać. Chciałam wbić w nie ząbki, ale moje mięsko szarpało się i wyrywało, piszcząc przy tym niesamowicie. Obracałam saszetkę w łapkach, ale nie potrafiłam znaleźć sposobu jej otwarcia. Mięsko ciągle chciało uciec i coraz trudniej było mi je utrzymać. Musiałam położyć się na nim, aby mi nie zwiało. Jednak na niewiele się to zdało. Saszetka podemną darła się i wierciła okropnie, drapała mnie maleńkimi pazurkami, aż w końcu ugryzła w brzuch!

    Podskoczyłam wystraszona, nie zrozumiałam zupełnie tego co się stało.

- Saszetka mnie ugryzła! Co to ma w ogóle znaczyć?! Tego już za wiele! -bulwersowałam się.

Saszetka wymknęła się i czmychnęła do pokoju. Goniłam za nią, jak mogłam najszybciej. Najpierw między krzesłami, za sofą,wzdłuż ściany, a potem znowu pod krzesłami. Nie trwało to długo, ponieważ saszetka była już zmęczona i trochę otępiała ze strachu. Wykorzystując chwilę jej nie uwagi, wykonałam długi skok i znowu miałam ją w swoich łapkach. Nie mogłam pozwolić by znowu mi uciekła, musiałam wymyślić cośœ co temu zapobiegnie. Zastanawiałam się chwilę.

- Już wiem! Zaniosę ją do mojego dużego kartonu; stamtąd mi na pewno nie ucieknie - pomyślałam.

Chwyciłam piszczące jedzonko kłami i udałam się wstronę mojego kartoniku. Jedzonko okropnie wierzgało łapkami. Wskoczyłam do pudełka i puściłam moją zdobycz. Dobierałam się do niej od każdej strony,jednak ciągle nie udawało mi się jej otworzyć.

- Ta saszetka jest naprawdę dziwaczna, jakaśœ taka kosmata... jak to się otwiera? Czy ktośœ mi może powiedzieć? Może ludziki przyjdą i mi ją otworzą? -

zastanawiałam się.

Próbowałam ją nadgryźć, trochę podrzucałam. Saszetka wrzeszczała przeraźliwie, a do tego coraz głośniej. Goniłam ją po kartonie,ale saszetka stawała się coraz bardziej zmęczona i uciekała coraz wolniej,zadrapania też dawały jej się we znaki.

    Nistąd, nizowąd oślepiło mnie włączane właśnie œświatło.

- Chyba ludziki wreszcie przyszły otworzyć mi tę saszetkę - pomyślałam.

W drzwiach stała pańcia. Jej mina wskazywała na to, że wcale nie przyszła po to by otworzyć mi saszetkę.

- Co się tu dzieję? Wypuść tę myszkę! - powiedziała do mnie pańcia stanowczym głosem.

Wiedziałam już, że z otwarcia saszetki będą nici, a pańcia jest w bardzo złym humorze.

- Miau - odpowiedziałam cicho. Popatrzyłam jej prosto w oczy i zrobiłam słodziutką minkę, żeby się na mnie nie gniewała.Saszetka w tym czasie

wyślizgnęła mi się spod łapek.

- Nie wolno męczyć biednych zwierzątek - dodała jeszcze pańcia, zgasiła światło i poszła.

    Byłam już zmęczona tym pościgiem za saszetką i zrezygnowałam z niej. Poza tym trochę się bałam, że znów rozgniewam ludziki. Poszłam do leżanki.

Usiadłam, podrapałam się za uszkiem. Umyłam dokładnie łapki i wylizałam zmoczony ogonek. W pokoju u ludzików nadal świeciło się światło - chyba nie

mogli przeze mnie spać. Spojrzałam jeszcze raz na drzwi. Zwinęłam się w kłębek, było mi trochę przykro z powodu nieudanych łowów. Zastanawiałam się

jeszcze przez chwilę co zrobiłam nie tak, że saszetki nie udało mi się otworzyć, aż w końcu zasnęłam.

Przygotowania do pierwszej mojej wystawy

      Kochani i znowu musiałam prosić tych moich mało rozumiejących ludków o wizytę u mojego medium Pani Margoli tylko tym razem to trochę trudne było bo ta moja ludzka sierota połamała się i teraz nogę ma w gipsie - ruszać się nigdzie nie może i weź tu jedź, chyba na hulajnodze albo pocztą polską w paczce. Żadna z propozycji niestety mi nie odpowiadała. Ale ale, przecież żyjemy w XXI w i chyba jak ludziki mogą być tak nowocześni to chyba jak kot będzie nowoczesny to nic nikomu się nie stanie. Więc po co mamy telefony - tylko jak powiedzieć tej mojej mało pojętnej panci że ja chcę dzwonić do Margoli. Myślałam dwa dni wiem wymyśliłam usiądę pupą na jej telefon i nie zejdę dopuki się nie domyśli. Jak wymyśliłam tak też zrobiłam no i siedziałam na nim prawie cały dzień bo do panci nikt nie dzwonił i nie interesowała się komórką. Ale za to jak zadzwoniła a te wibracje szczelił mi w pod ogon to dopiero była zabawa :) wystrzeliłam z tego telefonu jak poparzona na szczęście był to skok w górę więc powróciłam do pozycji wyjścia i siedzę a on dzwoni i dzwoni. Sylwia mnie zgania i zgania jak już jej wychodziło prawie wyciąganie to na nią warkłam albo walłam łapą. Nie ma dzwonienia dopuki ja nie załatwię swojego. Myślałam , że w życiu się już nie domyśli o co mi chodzi a zaczeło mnie kręcić w brzuszku... Czas do kuwety wołał ... no nic jak się nie domyśli trzeba będzie pierwszy raz spróbować na telefon robić. Ale powiem wam że ta moja pancia chyba nie taki kijanka z tym kumaniem co prawda po 13 godzinach ale doszło do niej o co mi biega. Wykręciła numer i trzymała telefon koło mojego uszka bo jak wiecie kotkom trochę trudno byłoby trzymać komórę ... no normalna jestem nie jakaś tam z bajki, że chodzę na dwóch łapach z komórą przy uchu. Ja tam nawet się cieszyłam że wypalił ten telefon bo nie musiałam znowu oglądać tych wielgachnych psów u Margoli. Przez ten telefon to nawijałam z półtora godziny - coś widzę że będzie awantura jak przyjdzie rachunek - ale Pani Margola wszystko spisała cierpliwie wysłuchała i wczoraj przyszedł list od niej z moimi zwierzeniami. Oto one.....

  Moi kochani,  muszę wam się zwierzyć z tego jak straszna przygoda ostatnio mnie spotkała. Wszystko zaczęło się tydzień wcześniej. Zaraz po obiedzie poszłam do salonu, wskoczyłam na fotel i już miałam zamiar położyć się na poduszce, kiedy do pokoju wszedł pancio. W ręce trzymał moje nosidełko… To mogło oznaczać tylko jedno – wizytę u weta.                                                                                     

- Tylko nie to! – pomyślałam, spoglądając z przerażeniem na pancia.                                                 

(Gabinet weta to takie straszne miejsce – w pierwszym pomieszczeniu przywejściu zawsze kręcą się jacyś obcy ludzie, a na dodatek przeważnie są tam ze swoimi psami. Te psy okropnie piszczą i szczekają. Kiedyś jeden pies chciał mnie powąchać, więc musiałam dać mu pazurkami po nosie. Nie lubię piesków.                                                                                                         

W następnym pomieszczeniu jest jeszcze gorzej. Przy jakimś biurku siedzi facet – mówią na niego weterynarz. Śmierdzi jakimiś chemikaliami, stawia koty na stoliku, obmacuje je, ogląda z każdej strony i kłuje w pupkę. Naprawdę nie rozumiem czemu opiekunowie znęcają się tak bardzo nad kotami i zawożą je tam.)                                                                                                             

Pancio podszedł do mnie, wziął na ręce i na siłę wepchnął do nosidełka.Moje błagalne miauczenie nie zrobiło na nim żadnego wrażenia. Zabrał mnie do samochodu i pojechaliśmy.               

Na miejscu w pierwszym pomieszczeniu, które ludziki nazywają ‘poczekalnia’ był już jeden kot. Młody, biało-czarny i trzęsący się ze strachu. Pancio głaskał mnie, ale ja nie miałam nastroju na pieszczoty. Z minuty, na minutę robiłam się coraz bardziej nerwowa. Ze wszystkich sił próbowałam wydostać się z nosidełka, niestety pancio skutecznie mi to uniemożliwił. W końcu weszliśmy do drugiego pomieszczenia. Położono mnie na stoliku. Pancio rozmawiał chwilę z wetem. Wet obejrzał mnie, po czym otworzył mi pyszczek i próbował wepchać jakieś paskudztwo. Wyrywam się bardzo i syczałam na niego. Jednakże mój wrzask nie pomagał, a weterynarz wziął strzykawkę i wbił mi ją w skórę! Swoim miauczeniem prosiłam pancia aby mi pomógł, ale on zamiast mnie, pomagał temu sadyście!                                       

Wyobrażacie sobie to? Jak on mógł?                                                                                                             

Po powrocie do domu uciekłam do pokoju mojej młodszej panci Kamilki.Zaszyłam się pod jej łóżkiem i długo spod niego nie wychodziłam. Dopiero późnym wieczorem poszłam do pokoju panci Sylwii i położyłam się w łóżku obok niej. Obraziłam się na pancia i nie odzywałam się do niego przez cały następny dzień.

    W kilka dni później koszmar się powtórzył.                                                                                                

 Siedziałam spokojnie na drapaku, gdy nagle spostrzegłam jak pancio wyciąga z szafy moje nosidełko. Postanowiłam więc uciec czym prędzej. Zeskoczyłam z drapaczka i szybko pobiegłam pod łóżko na którym leżała moja starsza pancia Sylwia. ( Sylwia miała wypadek i teraz jest chora na nogę. Dlatego niewiele się porusza i ciągle leży w łóżku. Mi to odpowiada –  przynajmniej jest ciągle ze mną w domu. Często pomagam jej gdy  wstaje, chodzę za nią i patrzę czy wszystko wporządku.  Jednak Sylwia niedługo wyzdrowieje i wróci do pracy, a wtedy będę musiała zostawać sama w domu.)Chciałam żeby mi pomogła i nie pozwoliła panu mnie zabierać, ale ona nic nie zrobiła. Może przez tą chorą nogę?              Pancio znów zapakował mnie do samochodu i pojechaliśmy do weta. W poczekalni siedziały dwa duże psy. Jeden z nich podszedł do mojego nosidełka chcąc powąchać mnie. Na szczęście dał mi spokój bo właściciel przywołał go do siebie. Ja w tym czasie przerażona odwróciłam się tyłem do drzwiczek. Panciu chciał mnie uspokajać, ale ja nie reagowałam na niego.Trzęsłam się coraz bardziej.                                                                           

-Ciekawe co mi dziś zrobią? – zastanawiałam się – Może znów mnie będą kłuli?                                           

Wet położył mnie na stoliku. Pancio próbował mnie przytrzymywać, ale jego wysiłki na niewiele się zdały. Szarpałam się tak mocno, że w końcu udało mi się wyrwać z jego rąk. W panice, próbowałam zeskoczyć ze stolika, ale zaplątałam się okieszeń weta. Wet złapał mnie i postawił na stoliku z powrotem. Wziął jakiś dziwny przyrząd, chwycił za łapki i obciął moje pazurki!                                                                                                                                                    

  Byłam zdruzgotana. Dzień wcześniej spędziłam pół godziny na drapaczku robiąc sobie manicure,a on bezczelnie obciął mi moje idealnie naostrzone, lśniące pazurki!                                 

Ale to jeszcze nie był koniec mojej udręki.Wet wziął potem wacik, nawinął na cos i wsadził mi do ucha. Uczucie to było okropnie nieprzyjemne. Nie potrafiłam zrozumieć czemu, aż tak się nade mną znęcają. Postanowiłam wtedy, że będę obrażona na pancia przez cały tydzień.                                                                                                     

  Gdy wróciliśmy do domu poleciałam szybciutko do Kamilki, żeby mnie pocieszyła głaskaniem.

    Dwa dni później okazało się że moja młodsza pancia Kamila też jest przeciwko mnie!                         

  Jak zawsze po popołudniowej drzemce wybrałam się do łazienki, załatwić swoje potrzeby w kuwecie. Gdy zamierzałam stamtąd wyjść do łazienki weszła Kamilka. Wzięła mnie na ręce i pogłaska. Nic nie podejrzewając łasiłam się do nie i mruczałam. Młodsza pancia drapała mnie za uszkami oraz po szyi. Nagle poczułam, że smaruje mnie jakaś paskudną papką.Papka nie pachnęła zbyt przyjemnie i była dziwnie klejąca. Nie chciałam być nią smarowana, ale pomyślałam, że Kamilka zaraz skończy, więc siedziałam spokojnie.W chwilę póżniej miałam to coś za uszami, na szyjce i co gorsza – pod ogonem. Pancia mówiła, że to na odtłuszczenie sierści, ale ja nie rozumiałam po co mi to. Przecież sierść mam piękną bez tego, a poza tym sama potrafię o nią zadbać. Chciałam pozbyć się tego paskudztwa, i umyć się, ale Kamila nie pozwoliła mi na to.Wyglądałam jak stara baba wieczorem przed lustrem która nakłada tonę kremów na twarz. Później zauważyłam, że Kamilka kombinuje coś przy prysznicu.                                                           

– Wszystko tylko nie kąpiel – pomyślałam sobie. Jak większość kotów nie przepadam za kąpielami. Niestety opiekunowie czasem mnie kąpią. Twierdzą, że to dlatego iż mam dłuższą sierść niż inne kotki, oraz że moja sierść wymaga dodatkowej pielęgnacji. Ja uważam,że wprost przeciwnie – język i łapki w zupełności wystarczą, ale moje ludziki wogóle nie liczą się z moim zdaniem…                                                                                           

  Po dłuższym zastanowieniu stwierdziłam, że jednak kąpiel jest sto razy lepsza od wizyty u weta i postanowiłam poddać się temu zabiegowi.Pancia naszykowała już mikstury do kąpieli, które opiekunowie nazywają ‘szamponami’.Pierwszy szampon był zielony. Cuchnął i paskudnie się pienił. Po spłukaniu go z sierści chciałam wyskoczyć spod prysznica, jak to zawsze robię po kąpieli. Pancia przytrzymała mnie jednak i wyciągnęła drugi szampon - pomarańczowy.Zdenerwowało mnie to bardzo.                                                   

 – Co to ma znaczyć? – zastanawiałam się patrząc jak Kamilka znowu polewa mnie wodą.  Nie lubię wody i nie lubię być mokra. Może gdyby ta woda była sucha kąpiel byłaby przyjemniejsza?                                                       

 Tym razem szampon, którym byłam myta miał za zadanie sprawić, aby moje futerko stało się miękusieńkie. Siedziałam bezradnie pod prysznicem i zastanawiałam się; po co mi jeszcze miększa sierść. Ja nie owca ja kot jestem.                                                                                                                                                            

 Pancia spłukała szampon i właśnie miałam zamiar wyjść spod prysznica,gdy ona znowu mnie zatrzymała. Miałam tego dość. Zamiauczałam głośno  z nadzieją, że starsza pancia przyjdzie i zabierze mnie od Kamilki. Sylwia chyba nie usłyszała mojego wołania, a Kamila sięgnęła po następny żółty szampon.                                                                               

  –Teraz to już przegięła! – myślałam rozwścieczona, poczym drapnęłam ją lekko wrękę. Na Kamili nie zrobiło to jednak wrażenia. Szybko wylała na mnie szampon mający sprawić, że kolor mojego futerka będzie intensywniejszy. Co ona w czarodzieja się bawi czy reklam za dużo się naoglądała wierząc co ludziska wypisują na etykietach specyfików.                                                                                          

– Czemu ona mnie tak męczy? – zastanawiałam się.                                                                            

  Wreszcie udało mi się wyskoczyć. Otrzepałam się, a pancia wytarła mi futro. Najpierw jednym ręcznikiem, później drugim.  Myślałam że to już koniec tej mękki. Niestety okazało się, że czeka mnie jeszcze bardzo długie suszenie z użyciem paskudnych chemikaliów i czesaniem.  Pancia wyjęła z szafki jakieś środki na piękniejszą sierść. Do dziś nie wiem po co to było. Skoro byłam kąpana w szamponach upiększających, to po kiego grzyba jeszcze inne środki?  Co gorsza, preparaty, którymi zadręczała mnie Kamilka były sprayami. Spraye wstrętnie syczą, prawie tak jak wąż. Ten dźwięk jest przerażający, a do tego bardzo nieprzyjemny.                                                                                                                                                               

  Napoczątek zostałam spryskana środkiem na puszystość futra. Wyglądałam po prostu śmiesznie jak pudel, choć Kamilce mój nowy wygląd się podobał.                                                                                                                                             

– Dobrze, że żaden kot nie zobaczy mnie w takim stanie. Gdybym tak pokazała się publicznie wszystkie koty by mnie wyśmiały – rozmyślałam sobie.                                                                         

 Gdy byłam już stuprocentowym puszkiem pancia spryskała mnie preparatem,po którym włosy miały stać na szyi, porteczkach i pod brzuchem. Potem było jeszcze nie przyjemne czesanie ogonka pod włos. Proponuję ludzikom zrobić sobie takiego jeża na głowie. Matko kogo to ogon co one zrobiły.                                                                                                                      

  Byłam już skrajnie zdenerwowałam i myślałam tylko o tym by jak najszybciej uciec z łazienki. W końcu pancia puściła mnie, a ja tak prędko, jak tylko umiałam pobiegłam do pokoju, w którym leżała Sylwia. Wskoczyłam do niej na łóżko, a ona nie wiedzieć czemu była zachwycona  moim wyglądem.                                                                                                                                             

– Przecież ja nie wyglądam nawet jak kot, o co jej chodzi? – zastanawiałam się. Położyłam się na poduszce, po czym zabrałam się za mycie futra, mając nadzieje, że puchatość zniknie. Poleżałam chwilę, myśląc nad tym czy powinnam obrazić się na Kamilkę. Zwinęłam się w kłębek i usnęłam, nie zdając sobie sprawy jak wielki koszmar przeżyję następnego dnia.    

Moja pierwsza wystawa



Obudziłam się wczesnym rankiem. Przeciągnęłam się i odwróciłam głowę chcąc obejrzeć swój ogon. Niestety -pozostawał w dalszym ciągu pudlowaty. Zmieniłam pozycję, żeby polizać ogon, lecz moją uwagę zwróciły dźwięki dochodzące z pokoju starszej panci Sylwii.Zdziwiłam się bo była sobota, a w soboty moi domownicy jeszcze śpią o tej porze. Zeskoczyłam z moje drapaczka na podłogę i poszłam zobaczyć co dzieje się w tamtym pokoju. Gdy stałam w drzwiach, zadzwonił budzik Kamilki. Młodsza pancia wstała z łóżka, a ja szybko podbiegłam do niej żeby się przywitać.Później szybko poleciłam do kuchni z nadzieją,że dostanę śniadanko. Będąc w kuchni zjadłam kilka mięsnych kostek z saszetki,ale nie byłam bardzo głodna i zostawiłam część na misce. Wyszłam z kuchni i poszłam do pokoju Sylwii sprawdzić co tam porabiają o tak wczesnej porze.
- Może jednak wpuszczą mnie do łóżka,pospałabym jeszcze godzinkę - pomyślałam.

Mój plan jednak nie wypalił, pancia nie dość,że nie chciała się mną zajmować to jeszcze zawołała młodszą pancię, żeby mnie zabrała do siebie. Kamilka
przyszła, wzięła mnie na ręce i zaniosła do swojego pokoju. Tam położyła mnie na kolanach i grzebykiem poprawiała i tak jużnastroszone futerko. Na domiar złego spryskała mnie jeszcze jakimś aerozolem.Był on tak nieprzyjemny, że aż kichnęłam wprost na młodszą pancie i zeskoczyłamnz jej kolan.Pancia wniosła moje nosidełko donpokoju. Zaczęłam panikować.
- Co to ma znaczyć? Przecieżnbyłam już u weta w tym tygodniu!!!!!! - zdenerwowałam się bardzo.
Poszłam do przedpokoju inzobaczyłam, że pancio jest gotowy do wyjścia. Przed drzwiami leżały jakieśndziwne rzeczy i moja leżanka. Nie mogłam pojąć co to może odznaczać.Pancio z Kamilką zabrali mnie wnnosidełku do samochodu. . Jechaliśmy i jechaliśmy. Zastanawiałam się dokądnbedziemy, bo raczej nie do weta. Do weterynarza mamy przecież pięć minut drogi.Pancia mówiła mi coś o "wystawie". Niestety nie miałam pojęcia co to może być.W końcu auto się zatrzymało.Kamilka z panciem wysiedli. Kamilka jeszcze zabrała moją leżankę i te dziwne rzeczy z samochodu, a pancio wziął mnie. Zobaczyłam jak wnoszą mnie do jakiejś dużej hali.W pomieszczeniu, do którego wniósł mnie pancio było pełno innych kotów. Miny miały nie tęgie, tylko niektóre, rosłe kocury,które były stałymi bywalcami wystaw siedziały spokojnie w swoich nosidełkach i tylko trochę były naburmuszone . Na pyszczkach większości kotów malował strach
i zawstydzenie. Zauważyłam, że nie tylko mnie przerobiono na pudelka. Niektórenkoty wyglądały nawet gorzej ode mnie!
W kącie na podłodze leżało nosidełko, w którym siedział bardzo zawstydzony, całkiem łysy kot!
- Po oni go tak ogolili? Czy mnie też to czeka? - zastanawiałam się - Ale gdyby mnie mieli golić to chyba nie kąpali by mnie tak długo... - Ta myśl uspokoiła mnie nieco.
Po drugiej stronie pomieszczenia siedział kot, któremu ktoś na okazję tej "wystawy" pokręcił futerko i teraz biedaczek wyglądał całkiem jak baranek, a biorąc pod uwagę wyraz jego mordki również czuł się jak baran.
Czując na sobie nieprzychylne spojrzenia innych kotów próbowałam wylizać tą moją nową fryzurę. Niestety nic to nie dawało.Nagle ktoś zawołał mojego pancia.
Moje nosidełko podniosło się i pancio zabrał mnie do kolejnego pomieszczenia. W drzwiach minęłam się z kotkiem, który był kilkakrotnie bardziej napuszony ode mnie. Chciałam zapytać się go o co chodzi w tej całej wystawie, ale on tylko syknął nieprzyjaźnie w moją stronę.Zaraz po wejściu do pomieszczenia
poczułam znajomy, ale nieprzyjemny zapach weterynarza. Pancio posadził mnie na stole. Ja skurczyłam się jak mogłam, ale niestety nic mi to nie dało. Weterynarz i tak mnie podniósł. Przejrzał mi uszka, oczka, ząbki. Oglądał też moje futerko. Wtedy pomyślałam, że dobrze by było poskarżyć się mu na to, co zrobili mi z sierścią. Zamiauczałam bardzo głośno by mu to zasygnalizować. On jednak nie zwrócił na to zupełnie uwagi. Pancio znów wpakował mnie do
nosidełka. Wet przejrzał jeszcze jakieś papiery i pogadał z panciem.Później zabrano mnie na taką wielką salę. Było tam mnóstwo klatek, kotów i ich ludzików.
Kamilka zaczęła przystrajać jedną z klatek. Zawiesiła zielono-fioletowe zasłonki. Na spód klatki położyła materacyk i wsadziła również poduszeczki. Materac, poduszki i zasłonki były chyba kompletem, ponieważ były podobne i pasowały kolorem do siebie. Potem pancia wsadziła tam mnie...
W klatce nie było mi przyjemnie.Na sali panował tłok i ogromny hałas. Słychać było i kocie miauczenie i ludzkie głosy. Koty miauczały dość głośno, czasem któryś zaklął siarczyście, próbując wydostać się z uwięzi. Syczenie też można było usłyszeć, ale o wiele rzadziej.Głównie wtedy gdy obce kotki przypadkiem się ze sobą zetknęły. Ja na początku miauknęłam kilka razy cicho, ale później schowałam się wgłąb klatki skuliłam się i postanowiłam przeczekać całą tę wystawę.
- Na pewno za chwilkę wrócę do domku - myślałam, próbując się uspokoić.
Co gorsza wszędzie czułam zapach obcych kotów. Małych, dużych, kotek, kocurów i kastratów. Ten zapach uderzał mi do głowy i nie pozwalał się wyciszyć.
Zaczęłam rozmyślać o moim drapaczku i miseczce w kuchni. O pięknych zapachach dochodzących z lodówki...Wtem ktoś podszedł do mojej klatki i rozbił mi zdjęcia. Mówił chyba coś w stylu "ale piękny kotek" , ale wcale mnie to nie ucieszyło, choć zazwyczaj lubię takie komplementy. Później znów ktoś podchodził, zaglądał do klatki i robił zdjęcia i tak w kółko chyba przez godzinę...
W klatce obok mnie siedział równie wystraszony reks kornwalijski. Miał klatkę przyozdobioną inaczej niż ja, ale też ładnie. Nie był zbyt rozmowny, a może się wstydził lub był cudzoziemcem? Nie wiem, ale pogadać ze mną nie chciał. Poza tym dziwak z niego... Sierści miał mało, a tą resztkę sierści, którą miał poddano chyba trwałej ondulacji. Miał też duże uszy i ładne oczka. Żal mi się go zrobiło,siedział tam sam i pewnie marznął w tym swoim dziwnym futerku.
Po drugiej stronie też stała klatka z kotem. Od razu poznałam że to main-coon tak jak ja. Jego też zrobilina pudla - miał tak samo napuszoną sierść. Ale był to kocur i do tego o wiele większy ode mnie. Był też chyba dużo starszy. Miał intensywnie rudą sierść w marmurkowe pręgi. Przystojniaczek był z niego niezwykły... Przyznać muszę, że bardzo mi się ten kocurek spodobał i bardzo chciałabym mieć takiego chłopaka.
Rozmarzona i już spokojniejsza zabrałam się za mycie, chcąc za chwilkę zdrzemnąć się w tej klatce.Jednak zauważyłam, że moi ludkowie zrobili się niespokojni i rozmawiają ze sobą podekscytowani. Kamilka wsadziła ręce do klatki i wyjęła mnie z niej. Wzięła na ręce i gdzieś niosła. Zamarłam z przerażenia.
Zobaczyłam przed sobą stolik i kogoś siedzącego za nim. Wokół pełno ludzi z kotami na rękach.
- Po co to wszystko? To ma być ta "wystawa"? - dziwiłam się i denerwowałam.
Wtedy zobaczyłam, że obok mnie stoi kobieta i trzyma na rękach tego przystojniaka z klatki obok.Pomyślałam, że przecież nie może mnie on zobaczyć w takim stanie. Uspokoiłam się i naprężyłam tak, żeby mógł zobaczyć wszystkie moje walory. W końcu koteczką jestem piękną i powinnam mu się spodobać. Znów się rozmarzyłam. Wtem piękny kocur odwrócił głowę i spojrzał w moim kierunku - aż dreszcz mnie przeszedł.Oczy miał cudowne! Patrzyłam na niego nie mogąc oderwać wzroku, gdy tu nagle jakaś osoba podeszła do mnie, zaczepiała jakąś zabawką na kijku i wymachiwała mi nią przed oczami zasłaniając rudego przystojniaczka. Ja więc szybko łapką trącałam czerwoną zabawkę na kijku, aby tylko ta osoba poszła sobie jak najszybciej. Na szczęście chyba zrozumiała, że mi przeszkadza bo uśmiechnęła się tylko i poszła. W chwilę potem Kamilka podeszła wraz ze mną do jakiegoś dziwnego stolika. Siedziała przy nim nieznana mi kobieta, blondynka w niebieskiej bluzce. Pancia położyła mnie na stoliku.
- Czy ona chce mnie oddać, albo sprzedać? - zamartwiałam się. Kamilka mówiła, że ta pani jest sędzią i będzie mnie oceniać, czy coś takiego... - niedosłyszałam, a po za tym nie znam aż tak dobrze ludzikowej mowy. Kobieta obejrzała mnie z każdej strony i nawet pogłaskała. Ja jednak czułam się u niej bardzo nieswojo. W dodatku rudy kocur siedział na rękach swojej pani i wciąż na mnie patrzył. Bardzo mnie to krępowało.
- Co on sobie teraz o mnie pomyśli? - zastanawiałam się.
W końcu przemogłam się i uspokoiłam, żeby nie wyjść na dzikuskę. Siedziałam spokojnie na stoliku, a pani sędzia pisała coś na kratce. Kamilka mówiła, że to oceny i cieszyła, że są one bardzo dobre. Ja jednak bardziej przejmowałam się oceną pięknego rudzielca...
Po pewnym czasie moja młodsza pancia wzięła mnie na ręce i odniosła do klatki. Chciałam się położyć i pospać,jednak co chwilę ktoś się koło mnie kręcił. Nie mogłam usnąć i tylko siedziałam na materacu jak na szpilkach. Ludzie przechodzili i wychwalali mnie. Od czasu do czasu któryś z sąsiednich kotków zamiauczał głośno. Przekąsiłam kawałek mięska z saszetki i napiłam się wody. Apetytu jednak nie miałam, a poza tym zachciało mi się sikać. Kręciłam się po klatce wte i we wte. Nie pomagało mi to jednak i sikać chciało mi się coraz bardziej. Ale przecież nie wypada tak sikać poza własną kuwetka... Miauknęłam do Kamili, żeby zabrała mnie już do domku, jednak ona była nieugięta i zabrać mnie nie chciała. Więc ja wtedy trochę ze złości, a trochę z konieczności załatwiłam się w klatce.
- Moi opiekunowie mają teraz sprzątanie, ale sami tego chcieli - pomyślałam.
Gdy moją klatkę już oczyszczono, Kamilka chyba wreszcie zrozumiała, że jest mi tu źle i wsadziła do niej moją leżankę. Zapach domu sprawił, że szybko do niej wskoczyłam. Patrzyłam ze swej kryjówki na koty i ludzi. Rozmyślałam o domku, polowaniach na myszki i pięknym rudzielcu. Chyba nawet na chwilkę usnęłam.
Jakąś godzinkę później Kamila wyciągnęła mnie z klatki i wsadziła mnie do nosidełka.
- Nareszcie koniec! - ucieszyłam się wielce. Pancia zabrała wszystkie rzeczy, które były w klatce i spakowała je do torby.
Gdy szliśmy między klatkami w kierunku wyjścia znów widziałam tego łysego koteczka. Podobno to jakiś sfinks i wcale nie został ogolony. Tak czy owak musi mu być bardzo zimno. Mnie na szczęście zawsze jest cieplutko w moim futrze.
Wyszliśmy z budynku i poszliśmy na parking. Gdy tylko poczułam świeże powietrze, nie przesycone zapachem kotów, od razu zrobiło mi się lepiej.
- Wracamy!!! - cieszyłam się gdy pa pancio zaniósł mnie do samochodu.
Droga do domu minęła mi bardzo szybko. Opiekunowie rozmawiali w trakcie jazdy o tej wystawie. Zachwycali się różnymi kotami. Opowiadali sobie o moich ocenach, a ja tylko czekałam na moment kiedy będę mogła wskoczyć na swój drapaczek.
W domu przywitała mnie starsza pancia Sylwia. Sylwia nie pojechała z nami pewnie przez to, że nadal choruje na tą nogę od razu zrobiło mi się weselej. Zostałam przez nią wygłaskała mnie i wzięta na kolanka. Ciągle się mną zachwycała, a najbardziej tym, że otrzymałam ocenę EX czyli doskonałą.
Nowy lokator mojego podwórka.
Znowu muszę koniecznie jechać do mojego medium bo tym moim ludziom w głowach się pomieszało już zupełnie nie wiem co oni jedzą ale napewno nie jest to dobre dla rozwoju ich mózgów bo z tego co widać działa to na zanik szarych komórek w które są uposażeni jako ród ludzki homo sapiens. Człowiek myślący kto by pomyślał aby tak ich nazywać w systematyce przyrodniczej moi to co najwyżej są człowiekami bo do myślenia im daleko. Ale do rzeczy o co konkretnie mi chodzi a mianowicie te moje szare eminencje wymyśliły sobie, że sama to ja się nudzę - nie wiem kto
im takich bzdur naopowiadał - i postanowili mi sprawić przyjaciela na siłę. Żeby to jeszcze jakiś kociak był ale to przywieźli mi do domu wielkiego olbrzymiego jegomościa z którym to teraz muszę się dzielić swoim drapaczkiem, saszetuniami, chrupeczkami, zabaweczkami no i nimi tymi sapiens ponoć. Dobrze że chociaż miseczki mu dali swoje choć i tak musi codziennie zaglądnąć do moich a no i najważniejsze chodzi ten niebieski kotek wielgaśny do mojej kuwetki - to już skandal - toaletę dzielić z mężczyzną to istny szok. Teraz to już wiecie dlaczego ja muszę jechać do Margoli przecież muszę im to wszystko opowiedzieć co czuje ich kochana kicia. Ale opowiem wam wszystko dokładnie tylko nie zdroadzajcie nikomu, że ja to też na komputerku się znam i ludzkim językiem pisać potrafię :) 
Pewnego dnia, chyba było to w czwartek 13 grudnia... Tak na pewno to było 13-go, bo takiego pecha to można mieć tylko 13-go!
W tym dniu, w moim domu zapanowała dziwna atmosfera . Zaniepokojona zachowaniem ludzików, przemykałam z kąta w kąt. Coś wisiało w powietrzu.
- O co chodzi? - zastanawiałam się długo.
Ludziki z minuty na minutę były co raz bardziej podekscytowane. Młodsza pancia z czegoś bardzo się cieszyła. Wszyscy mówili o jakimś Jantarze.
- Ale kto to? Co to? Nie miałam pojęcia...
Wychodząc z kuchni zauważyłam, że w przedpokoju na stoliku leży torba z zakupami. Od razu wskoczyłam na stolik i zajrzałam do środka. To co zobaczyłam bardzo mnie zdziwiło. W środku znajdował się zapas kociego jedzenia i o w dodatku nie było moje jedzonko. Saszetki były inne, a poza tym moi opiekunowie kupili mi dzień wcześniej zapas jedzenia, który powinien wystarczyć co najmniej na tydzień.Weszłam do torby by dokładnie sprawdzić jej zawartość. Na
dnie znalazłam jeszcze kilka kocich zabawek i kocią obrożę. Przyjrzałam się jej dokładnie - na pewno nie mogła być dla mnie, ponieważ moja obróżka jest w
bardzo dobrym stanie, a na dodatek ta obroża była wielgaśna i  męska!!!
Wystraszona tym odkryciem szybciutko wyskoczyłam z torby.Zeszłam ze stolika i usiadłam pod nim.Siedziałam tam długo, wygryzając z nerwów swoje futerko. Wtem do drzwi zadzwonił dzwonek. Odskoczyłam przerażona, pobiegłam do salonu i skryłam się za fotelem.W tym czasie pancio otworzył drzwi. Do domu weszła jakaś obca osoba. Rozmawiała z panciem przez chwilę w drzwiach, po czym weszła do środka. Ja zza fotela obserwowałam całą sytuację.W chwilę później do przedpokoju poszła Kamila i nawet pancia Sylwia wstała,żeby przywitać tę osobę. Ludkowie byli bardzo radośni. Zaniepokoiło mnie to. To musiał być to ktoś bardzo ważny, ponieważ Sylwia ciągle chorowała na nogę i rzadko wstawała.
Nagle dostrzegłam, że wszyscy udają się do salonu. Ja więc,tak dla pewności, jednym susem skoczyłam za sofę i bacznie przyglądałam się rozwojowi sytuacji.
Ludziki rozsiadły się na fotelach i sofie. Ciągle coś mówili,a do tego nadzwyczaj często w tej rozmowie padało słowo "kot".Przysłuchiwałam się z uwagą i wtedy nagle usłyszałam słowo - "Elma".
- Nie jest dobrze - pomyślałam cofając się w stronę ściany.
Siedziałam skulona pod ścianą zastanawiając się o czym oni ze sobą rozmawiają.
- Może oni chcą mnie oddać, a może chcą mieć drugiego kota? - myślałam z przerażeniem.
Wtem do mojego noska dobiegł koci zapach. Był to typowy zapach dorosłego kocura.Myślałam i myślałam. Chciałam zobaczyć, czy rzeczywiście w pokoju jest inny kot, ale nie potrafiłam odważyć się i wyjść z ukrycia.
- A może to jakiś przystojniak? - pytałam sama siebie.
W końcu po długiej bitwie z myślami wyszłam ze swojej kryjówki. Spojrzałam w stronę fotela, gdzie siedziała Sylwia. Moje przypuszczenia okazały się prawdą - na kolanach panci siedział wielki niebieski kocur...

________________________________________


Z nieznanego mi powodu wielki kocur został u nas na noc. Ja leżałam na swoim drapaczku, w cieplutkiej budce, a on bezczelnie pod nim.Wyobraźcie sobie, że ten niewychowany kot, zalecał się do mnie!!!
Podszedł pod drapak gdy spałam i miauczał do mnie głośno. Zasyczałam chcąc wybić mu z głowy te nocne serenady - przecież normalne koty śpią o takiej porze. Mój adorator nie przejął się tym jednak, stanął na łapkach i zaglądnął do budki, w której przebywałam. Tego było już za wiele. Wyciągnęłam pazurki i szybkim ruchem łapki uderzyłam go w ten jego niebieski pysk. On nie zniechęcił się jednak i po krótkiej chwili znów do mnie zaglądał.
- Kompletnie niewychowany koci gbur – myślałam – żeby tak kobietę po nocach napastować... wstydził by się...
Zdenerwowałam się na całego. Wyskoczyłam z budki i rzuciłam się na tego kocura. On przerażony odskoczył na bok, a ja siedziałam na podłodze z nastroszoną sierścią, od czasu do czasu powarkując złowrogo.
- To musi go czegoś nauczyć – stwierdziłam w myślach, lecz myliłam się bardzo.
Kocurzysko podeszło do mnie znowu.Chciał mnie obwąchać!!!! I to gdzie pomiędzy tylnymi łapkami. Ja więc nie zastanawiając się długo naskoczyłam na niego po raz drugi. Tym razem w ruch poszły moje pazurki. Głośno zawarczałam i ugryzłam go boleśnie. Kocur wydarł się na cały głos.Miauczał tak przeraźliwie, że obudził moją młodszą pancie.Pancia wstała z łóżka, zapaliła światło i rozglądnęła się po pokoju. Zobaczyła wystraszonego niebieskiego kocura i zdenerwowaną mnie. Byłam tak wściekła jak jeszcze nigdy. Moje ciało było tak bardzo spięte, jak tylko to możliwe. Na podłodze leżało kłaczki kociej sierści, kilka
szylkretowych, a kilka niebieskich.
Pancia mówiła coś do mnie, ale nic do mnie nie docierało.Wreszcie wzięła mnie na ręce i mówiła coś uspakajającym głosem. Jednakże jej mowa nie uspokoiła mnie nawet na moment. Byłam tak wściekła, że odruchowo wbijałam pazurki w ręce Kamilki.Pode mną siedział najeżony niebieski kocur i patrzył raz na mnie, raz na pancię ze strachem w oczach.
Kamilka zaniosła mnie na łózko i położyła. Podeszła do intruza, wzięła go na ręce i zaniosła do drugiego pokoju. Ja w tym czasie siedziałam na łóżku i nawet nie drgnęłam.Po krótkiej chwili pancia wróciła do pokoju, ale na szczęście już bez tamtego kota.Dopiero gdy Kamilka położyła się ze mną na łóżku zaczęłam się uspakajać. Minęło kilkanaście minut zanim wróciłam do siebie (choć nie całkowicie). Słyszałam jak niebieski kocur od czasu do czasu pomiaukuje żałośnie za ścianą. Leżąc na poduszce i czyszcząc futerko przed snem nasłuchiwałam czujnie co dzieje się w drugim pokoju.
Następnego ranka zbudził mnie zapach tego obcego kocura. Otwarłam oczy i z przerażeniem odkryłam, że 'niebieski' stoi przednimi łapami na łóżku znów próbując mnie wąchać. Poczułam że smyra mnie wąsami po po buźce, podniosłam łapkę i już miałam go uderzyć, jednak on przewidział moją reakcję i z szybkością światła odskoczył i uciekł w stronę kuchni. Siedziałam na łóżku nerwowo drapiąc się za uchem. Spoglądam w stronę drzwi i zastanawiałam się nad osobą intruza.

- Przystojny z niego kocur, ma w sobie to coś – pomyślałam – gdyby tylko nie był taki niewychowany... W sumie chciałabym go lepiej poznać,ale przecież nie mogę pozwolić żeby jakiś obcy kot tak po prostu przechadzał się po moim domu.
Leżałam jeszcze na łóżku przez pewien czas bijąc się z myślami. W końcu zdecydowałam się wstać i poszukać 'niebieskiego'. Poszłam w stronę kuchni. Przeszłam przez przedpokój dokładnie sprawdzając każdy kąt. Obcy zapach był wszędzie, ale kocura ani śladu. W kuchni było tak samo, tylko jeden szczegół zwrócił moją uwagę. Obok moich miseczek leżały dwie nowe, a w jednej z nich znajdowały się resztki kociej karmy. Sprawdziłam miskę dokładnie.Karma na pewno nie była moja, nie wyglądała zbyt apetycznie i nie pachniała zachęcająco. Co gorsza, zapach wskazywał na to że jadł z niej 'niebieski'.

Udałam się na dalsze poszukiwania kocura. W mojej kuwecie też zauważyłam ślady jego obecności... i bardzo zbulwersował mnie fakt, że jakiś obcy kocur korzysta z mojej toalety...
- To nie do pomyślenia żeby tak bezczelnie się zachowywać, ja nigdy bym nie skorzystała z kuwety innego kota!
Następnie poszłam do sypialni Sylwii. Tam kocur też zaznaczył swoją obecność. Jego zapach był wszędzie... na łóżku, dywanie, szafce, nawet na stojącej na parapecie doniczce.
- Cała paprotka nim pachnie, musiał się o nią długo łasić – stwierdziłam. Przyglądając się roślince nie mogłam przestać myśleć o niebieskim kocurze.
- A co jeśli on zostanie tu na zawsze? - pytałam sama siebie wystraszona. Spojrzałam w okno i oglądałam na ludzi idących ulicą. Nic ciekawego nie działo się na dworze. Dopiero wróbel na pobliskim krzaku zainteresował mnie bardziej. Stwierdziłam, że polowanie byłoby tym co mogłoby mnie odstresować. Przez chwilę zajęta byłam patrzeniem w okno, drapaniem szybę i cichym pomiaukiwaniem do ptaszka. Jednakże zajęcie to szybko mi się znudziło, tym bardziej że nadal odczuwałam wewnętrzny niepokój, a zapach pozostawiony na parapecie przez kocura tylko potęgował to uczucie.

Zeskoczyłam z parapetu, a słysząc Sylwię krzątającą się w kuchni pobiegłam poprosić o jakieś śniadanko. Sylwia nałożyła mi na miskę mięsko z saszetki. Zjadłam tylko kilka kawałków bo nie czułam się jakoś szczególnie głodna. Wróciłam do sypialni, usadowiłam się na poduszce i postanowiłam uciąć sobie półgodzinną poranną drzemkę.Obudziła mnie Sylwia ścieląca łóżko.
- No i po drzemce – pomyślałam nieco zdenerwowana, bo jak każdy kot nie lubię być budzona. Zeszłam z łóżka na dywan i po krótkiej toalecie wyszłam z sypialni.Weszłam do salonu.Spojrzałam na sofę, tam na czerwonej poduszce leżał w dumnej pozie niebieski kocur. W porannym świetle wyglądał niezwykle... Nieufnie poszłam bliżej. Kocur przyglądał mi się uważnie wielkimi, pięknymi oczyma. Teraz gdy gdy przyjrzałam mu się dokładnie wywarł na mnie olbrzymie wrażenie. Był wielki, miał piękne oczy i niesamowite umaszczenie długiej sierści...
- Z wyglądu facet ideał.. - myślałam - Gdyby tylko tak nie panoszył mi się po domu...
Stałam w bezruchu przed sofą, wtem kocur ziewnął, podniósł się i przeciągnął, a ja niczym wystrzelona z procy uciekłam do pokoju Kamilki. Szybko schowałam do mojej budki na drapaczku i siedziałam tam do obiadu.
Myślę sobie teraz że ta moja ucieczka była spowodowana bardziej zawstydzeniem przed pięknym kocurem niż strachem...
Po południu Sylwia zawołała mnie na obiad. Bałam się wyjść z budki, ale głód był silniejszy ode mnie, tym bardziej że na śniadanie zjadłam niewiele. Wbiegłam szybko do kuchni. Podchodząc do miseczki spostrzegłam, że 'niebieski' stanął w drzwiach. Wahał się przez moment, ale po zawołaniu przez Sylwię wszedł do kuchni.
 - Chyba ten kocur nie zamierza jeść tu ze mną? – zapytałam sam siebie. Niestety moje obawy jednak potwierdziły się, Sylwia położyła na drugim końcu kuchni miskę dla 'niebieskiego' i upewniwszy się że nikt nikogo nie atakuje wyszła z kuchni i dyskretnie zza drzwi przyglądała się rozwojowi sytuacji.
Dorwałam się do swojej miski i w minutę pochłonęłam jej zawartość, aby przypadkiem kocur nie mógł zjeść mojego jedzonka. Poskurczana i całkiem spięta siedziałam przy misce i przyglądałam się obcemu kotu. On zjadł tyko kilka kawałków ze swojej porcji mięsa. Odszedł od miski i przeszedł kilka kroków w moją stronę, zatrzymał się i popatrzył na mnie. Byłam gotowa znów pacnąć go łapką, ale on zachował bezpieczną odległość. Patrzyliśmy się na siebie przez chwilkę na siebie. Wreszcie odezwał się do mnie. Byłam bardzo zdenerwowana i nie pamiętam dokładnie tego co mówił. Wiem tylko, że przedstawił się, powiedział skąd się tu wziął, mówił że bardzo mu się podobam i że zawsze miał słabość do szylkretowych kotek. Potem jeszcze poczęstował mnie swoją resztą obiadu, żebym nie była zła na niego.
Zjadłam wszystko z jego miski, bardziej z chytrości niż głodu. Jego karma nie była tak smaczna jak moja. On w tym czasie grzecznie wycofał się z kuchni do salonu.
Po obiedzie udałam się do mojej budki by wszystko przemyśleć.
'Niebieski' nazywa się Jantar, ma 3 lata i zostaje tu na stałe. Trzeba przyznać, że miał gest oddając mi swój obiad, chyba nie jest aż tak zły i niewychowany jak wcześniej sądziłam.
Chyba zmienię o nim zdanie, zresztą i tak muszę się do niego przyzwyczaić...
- Byleby tylko czasem oddawał mi swoje jedzenie i nie zaglądał mojej prywatnej budki... skoro musi zostać to niech zostanie...- pomyślałam, podrapałam się za uszkiem, zwinęłam w kłębek i ucięłam sobie popołudniową drzemkę.
Wredne przesądy i obmierzłe mity na temat kotów



Chcą mnie oczernić. Negatywne opinie o kotach są rozgłaszane od lat. Wprawdzie muszę Wam powiedzieć, że jest mi to zasadniczo obojętne, co sobie ludziki roją w swoim niedoskonałym umyśle, ale denerwują mnie nieporozumienia, które z tego niezdrowego myślenia wynikają. Np. uporczywe podsuwanie nam pod pysk miseczki mleczka ( a fuj!) oraz równie legendarnego jajeczka pod ogon ( no kretynizm!)

Podjęłam więc decyzję jako przedstawiciel tej jedynej na świecie rasy aby rozprawić się z tym wykwitem ludzkiej taniej propagandy. A więc , twierdzicie ( co niektórzy oczywiście , bo jest szerokie grono tych co wręcz nam się kłaniają w sam pas)

1. KOT JEST FAŁSZYWY

Wierutne kłamstwo, (wiem co mówię). Wprost przeciwnie. Jesteśmy na ogół szczere. Do bólu. I wie o tym każdy ( ludzik, chomik, pies), komu pozwalamy ze sobą mieszkać. Czy widzieliście abyśmy wyrażali radość na widok dalekiej krewnej, która bez uprzedzenia przyjechała w odwiedziny do was ? Nie, prawda ? A wy owszem – wyrażacie, aż obłuda wam ludziom bucha uszami. Albo żebyśmy inaczej zareagowali na niesmaczne papu w misce niż stanowczą odmową lub uporczywym rzyganiem ? A wy ? Ileż to razy bez mrugnięcia okiem zjedliście coś paskudnego i jeszcze entuzjastycznie chwaliliście kulinarne talenty częstującego ( czyt. Teściową) ? Świat nie widział też, abyśmy podziwiali widok zaślinionego i rozwrzeszczanego niemowlęcia.„ Jaki uroczy bobas „ – mówicie w takich sytuacjach, uśmiechając się obłudnie do rodziców wpatrzonych z rodzicielską dumą w najpaskudniejszego noworodka, jakiego w życiu widzieliście. I kto tu jest fałszywy, że koty ?

2. KOT PIJE MLECZKO, A OGONKIEM TŁUCZE JAJECZKO.

No większej bzdury w zyciu nie słyszałam. Po pierwsze mało który dorosły poważny kot delektuje się tą białą cieczą, bo wie, że po to ma kły i pazury, żeby jeść to, co za życia chodziło o własnych siłach. Po drugie – niby dlaczego miałabym czy kto kol wiek z mojej rasy coś tłuc ogonkiem i w dodatku „ w pokoiku na stoliku” ? Co my głupie jesteśmy jakieś ? Owszem , lubimy coś czasami potłuc, ot tak dla rozrywki, ale prawie zawsze jest to zamierzone działanie, a nie przypadek. I przepraszam ale angazuje w to raczej inne części ciała niż ogon. Wspomniana część czyli ogonka używam do zupełnie innych, pożytecznych celów. Chociażby po to aby podłożyć go wam na drodze, po to,abyście się potknęli ( kupa śmiechu!). Albo nań nadepnęli , za co będziemy mogli się na was śmiertelnie obrazić, co również jest interesującą rozrywką Ale żeby tłuc jajeczko? Na takie gminne uciechy do cyrku zapraszam a nie do wyrafinowanego kota.

3. KOT NIE LUBI WODY

Taaaak ? A kto maniacko czycha przy kranie, żeby moczyć łapę w cieknącej strużce ? Pies ? Chomik? Wąż boa ? A kto godzinami siedzi w umywalce i czerpie z tego perwersyjną przyjemność ? A kto łazi po rancie wanny, wesoło mocząc ogon w waszej kąpieli? Otóż muszę Wam powiedzieć że koty i owszem lubią wodę jako zjawisko. One się po prostu w niej nie pławią, bo i po co ? Że co ? Że kąpiel jest higieniczna? No nie ! Nie będzie ludź , który korzysta z obcej kuwety wszędzie, gdzie to możliwe, uczył mnie higieny.

4. KOT MA DZIEWIĘĆ ŻYWOTÓW

Fałsz. Ma ich ze czterdzieści. W każdym życiu po kilka. U ludzi wspomniany stan jest groźną jednostką chorobową i nadaje się wyłącznie do leczenia u specjalisty. Co wiecie z niektórych filmów. Ale ,ale człowiek to istota słaba. My natomiast świetnie sobie radzimy z byciem Dr. Jekyllem i Mr. Hyde’em w jednym.

5. KOT PRZYWIĄZUJE SIĘ DO DOMU, A NIE DO WŁAŚCICIELA

No nie ! A co to głupie jakieś jesteśmy, że nie wiemy , iż dom raczej nie napełni miski i nie zadba o stan kuwety? Zresztą niejeden król lubił swojego wiernego
sługę. Co nawet opiewali w swoich utworach liczni poeci i inni pisarze. My też was lubimy. Mniej więcej tak jak człowieki lubią psa.

6. KOT JEST MNIEJ INTELIGENTNY NIŻ PIES

No nie to stwierdzenie jest tak oburzające, że uwłacza mi sama polemika nad nim. Ale jeżeli już koniecznie chcecie, to powiedzcie: Czy widzieliście , żeby któryś z przedstawicieli mojej rasy, biegł kretyńsko szczęśliwy za patykiem, który rzucił mu jego opiekun, uprzednio na niego napluwszy ? ( obrzydlistwo ) Lub by godzinami kopał dołek w ziemi, jak nie przymierzając jakiś kret ? (kretynizm) Albo żeby przybiegał na każde zawołanie ? ( brak charakteru ) Siadał na komędę, robił słupka i inne pocieszne sztuczki ? ( no wstyd ) Nie widzieliście ? No właśnie.

MIAUCZENIE JEST ZŁOTEM

Wiecie co, zasadniczo nie lubimy robić z siebie idioty.Dlatego raczej nie można liczyć na to, że się nas nauczy różnych sztuczek ku uciesze oglądających bliskich. Żadnych tam „aportuj” czy „podaj łapę”. Sami natomiast bardzo chętnie podpiszemy się przed innymi inteligencją swojego opiekuna. I dlatego nauczyliśmy się miauczeć. Bo my wcale nie miauczymy do siebie nawzajem. My miauczymy do Was. A raczej na Was. Prostym, żołnierskim słowem, żebyście nas dobrze zrozumieli.

Między sobą używamy bardziej skomplikowanego języka. Pomrukujemy, warczymy, „gruchamy” , popiskujemy, a nawet syczymy. Niemniej każdy przecież wie, że komendy wydaje się krótko i przejrzyście. I dlatego wydobywamy z siebie „miauu”, a Wy ludziki szybko aportujecie jedzenie. Następna Komeda – i grzecznie podajecie łapę, układając  ją bezbłędnie na naszym grzbiecie, co powszechnie nazywa się głaskaniem.Warto zwrócić też uwagę, że dowódcy w wojsku powinni sobie wziąć nas za przykład. Żołnierz często nie jest zadowolony z wydanego mu rozkazu, a właściciel Kota – zawsze. I kto powiedział , że socjotechnikę wymyślił człowiek…?

Bywa jednak, że nasze miauczenie miewa wymiar hmmm…. Dramatyczny. Dzieję się tak, kiedy jesteśmy usposobieni romantycznie. I wcale nie jest to w
marcu. Kto ma Kocurka w domu tak jak ja Jantarka ten dobrze o tym wie, że może być to o dowolnej porze roku. Wtedy początkowo zwykły miałk staje się
przeciągły, osiągając niebotyczne szczyty wysokich tonów – rodem z chińskiej opery. I na kilka dni pożycie na linii ludzik – my zmienia się w koszmar. A
wygląda to mniej więcej tak. Cały dzień jest spokój. Po uczciwym spełnieniu wszystkichswoich obowiązków ( napełnić miskę, a co tam w kuwecie? ) Sylwia kładzie się spać.Daje Jantarkowi przy tym wiele sygnałów : ścieli łózko tak, żeby widział, zakłada ostentacyjnie piżamę, zsuwa kapcie… Jantar nic. Uspokojona przykłada skroń do poduszki, ciii…. Właśnie zapada w przyjemne odrętwienie, gdy nagle słyszy podejrzane hałasy przy drzwiach wejściowych. Zaraz tli się jej w głowie: „ Przebóg ! Źli ludzie! „ . Odrętwienie szlag trafia, adrenalina skacze jej po sufit. Wstaje. W przedpokoju siedzi Jantar i spokojnie na nią patrzy. Dla pewności nasza Sylwia zakrada się i nerwowo zerka przez wizjer w drzwiach. Nikogo. Jantar myje tylną łapę. Wraca powoli do łóżka. Głowa spływa jej na poduszkę, i znowu przyjemne odrętwienie ją dopada… i – znowu słyszy hałas a potem … przeciągłe, pełne dramatyzmu „ miauuuuuuuuuuuuuuu” . I teraz już wie ,nasza Sylwia , że ze snu na razie nici. Jantar się zakochał

I diabli wiedzą czemu to swoje uczucie uporczywie wyznaje drzwiom wejściowym, efekt dramatyczny podkreślając skokami na klamkę. Sylwia bardzo często próbuje z nim po dobroci : „ kici, kici „ Nic z tego. Stanowczo ? „ spać ! „ – też przynosi efekt psu na budę. I nagle doznaje olśnienia, już wie, że może tylko czekać. Aż szanownemu Jantarkowi się znudzi. Jak długo ? To niestety wie tylko on. Może kwadrans, może godzinę. I tak mamy przez kilka dni, kilka razy do roku. A potem wszystko wraca do normy. A miałczenie Jantarka do swojej podstawowej funkcji : zarządzania zasobami Sylwii. :)


ZABAWA W CZŁOWIEKA I MYSZKĘ

Dzisiaj troszeczkę o Jantarze i jego przeuroczej panci i jej pomysłach. Wy też tak macie ze swoimi.

Jantar leży jak zwykle, bezczelnie rozwalony na ulubionym fotelu Sylwii. Brzuch do góry, wąs zmierzwiony, łapy niedbale zwisają zewsząd (to taka szczególna Jantarza umiejętność - gdzie Sylwia nie zerknie, wszędzie Jantar, i zawsze ten sam Jantar). Sylwia oczywiście siedzi na niezbyt wygodnym krześle, patrzy na niego z uwielbieniem i myśli: „ Dobry Jantarek, jak sobie ładnie leży. „ Mijają godziny. Co on tak leży – myśli. Może jest chory ? Nie … jakieś pięć razy
dosypywała dziś mu Sylwia do miski, je – to chyba zdrowy.

Hmmm…

I nagle napada ją straszne podejrzenie : a może Jantarek się nudzi ? No i już dopadają Sylwię wyrzuty sumienia. Sylwia na tym swoim niewygodnym krześle przecież może sobie poczytać , obejrzeć telewizję, ba …nawet poszydełkować. A Jantarek co ? Nic, tylko fotel i fotel. Zgroza ! Następnego dnia Sylwia nie dopiła nawet porannej kawy, nie doczytała, gazety tylko ubrała się i gna. Gna naprawdę ! O, jest sklep, jakiego szukała : „Reksiunio – pełny asortyment dla twojego pupila „ (mój Boże !). Trochę Sylwii nieswojo robić zakupy w Reksiuniu, ale wchodzi. Zewsząd atakują ją kraciaste kubraczki, ortalionowe czapeczki, obróżki z diamencikami, falbaniaste majteczki … ( i dziwić się, że Jantar ma potem Sylwię za psi pazur ).

WRESZCIE SĄ ! Dojrzała zabawki dla kotków. Co też może się Jantarkowi najbardziej spodobać? Wściekle różowa wędka z seledynową myszką na końcu
żyłki ? A może ptaszek wdzięcznie podskakujący na sprężynce ? Kuleczka z dzwoneczkiem ? A raz kozie śmierć myśli Sylwia. Wzięła wszystko. W końcu Jantarkowi też się coś od życia należy. W sklepie zostawiła kwotę równą kilku swoim dniówkom i w prawdziwej ekstazie opuściła Reksiunia. Wraca do domu. O, znowu pusta miska. Jantarek śpi. Triumfalnie ułożyła Sylwia przed ni wszystkie swoje łupy i czeka. Ze strony Jantara bezruch.

„ Kici, kici, Jantarku zabaweczki” .

Jantarowi drgną ogon. Sylwia dzwoni dzwoneczkiem. Jantar zerka jednym okiem. Sylwia potrząsa wędką. Jantar zastanawia się. Myszka na wędce podskakuje zachęcająco. Jantar od niechcenia macha łapą. Sylwia wyłazi ze skóry, robiąc przy tym z siebie kompletną idiotkę. Na Jantarzym pysku maluje się uprzejme zainteresowanie. Wreszcie jest !

Hurrra !

Wzrok Jantara tężeje, a on sam błyskawicznym skokiem rzuca się na … plastikową reklamówkę, w której to Sylwia przytaszczyła zakupy. Szamotanina, zawirowanie i dziko szczęśliwy Jantar zaplątany w foliowe strzępy ląduje na stoliku, z którego Sylwia zapomniała zabrać kubek z resztkami porannej kawy. Cholera, spore były te resztki. Oburzenie odbiera głos Sylwii. Ona się stara, a Jantarek jej za to kawę na stolik. Ciemna ciecz skapuje na jasny dywan. Sylwia biegnie szybciorem po ścierkę. Stolik, podłoga, dywan. O, jeszcze na kanapie. No! Wyniosła brudną ścierkę. Wraca do pokoju.

Jantar leży jak zwykle bezczelnie rozwalony na jej ulubionym fotelu. Brzuch do góry, wąs zmierzwiony, łapy niedbale zwisają zewsząd. Tylko na pysku maluje mu się wyraz, no nie ukrywajmy, wrednej satysfakcji.  „ Dobry Jantarek, jak to sobie ładnie leży” .
Osiem kotów to już szaleństwo :)


Dzisiaj opowiem wam nie o mnie ani też o Jantarze , dzisiaj będzie opowiadanie o tym jak to ludziki tracą dla nas głowę i dobrze bo za to mamy tak kochanych ludzi i ich domy i ich rodziny stają się naszymi rodzinami.

Zgłupiał. Zgłupiał, a następnie oszalał. Oznaki braku rozumu ( oraz instynktu samozachowawczego) ujawniły się u ludzia po raz pierwszy, gdy do jednego kociego ogona postanowił sobie sprawić drugi.A potem zachciało mu się założyć hodowlę. A ponieważ, jak stwierdził pewnien mądry człowiek, szaleństwo zaczyna się od drugiego kota w zwyż, obłęd dopadł go z Nienacka i przyszedł miękko wraz z kolejnym przedstawicielem rasy nadnaczelnych w jego domu. Zaczeło się.

Cała rodzina ludzika ma ją za rodzinnego dziwaka, sąsiedzi za „wioskowego głupka” , a znajomi stukają się w czoło. Ludzik też się stuka , jak sobie przypomnie swoje naiwne wyobrażenia o tym, dlaczego tak cudownie jest mieć więcej niż jednego kota w domu. Człowieki naoglądają się reklamówek kociej karmy i im odbija. „Tak sobie będą słodko leżeć puszyste kłębuszki i mruczeć wtulone w siebie” – błąka się ludzikom po Glowie (jakby było mu mało nauczki z jednym kotem) Słodkie kłębuszki na swój widok od razu się zjeżyły, a ludzik natychmiast znalazł się w oku cyklonu. Nie spali po nocach, bo jeden kociamber leżał pod stołem i głośno warczał przez całą dobę. Naturalne i niestety nieuniknione potrzeby, o których nie wypada wspominać w eleganckim towarzystwie, załatwiał w stresie i ukradkiem, bo w Łazice siedział zaczajony drugi kot i profilaktycznie syczał na wszystko co żywe, co zbliżało się do jego kryjówki. Natomiast trzeci, wprawdzie bezgłośnie, ale za to skutecznie tłukł dwa pozostałe po łbach.

Wojna w końcu ustała, tak nagle, jak przyszła, ale ludzika sytuacja wcale nie uległa poprawie. Teraz zamiast jednego kota wszędzie ma trzy koty. Wszędzie. W dodatku dranie zmówiły się, żeby ludzika utrzymać w stanie permanętnej irytacji.

Wygląda to mniej więcej tak : Człowiek sypie nam do misek karmę. Drogą i kupioną w specjalnym sklepie, o której przeczytał w fachowej prasie. Dwa koty wcinają, że aż im się ogony trzęsą. Trzeci patrzy na człowieka karcąco i obojętnie odchodzi. Człowieki nam tłumaczą , że w takiej Angoli to koty głodują. My nie bierzemy tego do siebie. Więc myślą sobie : „ Dobrze , wezmę cię na przetrzymanie, jak zgłodniejesz, to zjesz” . Ha ha ! Słynną sekwencję filmową,co której przebrany za dobrego Niemca sowiedzki żołnierz, polskiego pochodzenia – Hans Kloss powiedział do złego nazisty z kosmosu : „Nie ze mną te numery, Brunner” , musiał chyba wymyślić jakiś znękany właściciel kota.

Czas mija. Ludzika dręczy sumienie. Myśli sobie : „ Biedny, głodny kotek, zdechnie przeze mnie z niedożywienia” . I co robi ? Idzie do sklepu po kolejną drogą karmę. Sypie do misek ( bo znowu są puste, patrzy podejrzliwie na niejadka – ucieleśnienie niewinności ) . Niejadek pałaszuje jedzenie aż miło. Dwa pozostałe odchodzą urażone.

Inny wariant. Kot chce wyjść na balkon i niedwuznacznie wydaje ludzikowi komendę głosem. Człowiek otwiera mu drzwi. Minutę później drugi kot chce wyjść na balkon. Człowiek otwiera mu drzwi. W tym czasie pierwszy znudził się już i chce wrócić. Człowiek otwiera mu drzwi. Teraz trzeci postanowił rozejrzeć się trochę na zewnątrz. Człowiek otwiera mu drzwi. Pierwszy jednak stwierdził , że woli balkon niż pokój. Człowiek otwiera mu drzwi. Drugi doszedł do wniosku, że ma coś pilnego do załatwienia w mieszkaniu. Człowiek otwiera mu drzwi. Drugiemu jednak znowu bardziej podoba się balkon. Człowiek otwiera mu drzwi ( mógłby pobierać od nich drobną opłatę, przez rok na pewno uzbierałby na samochód ) . W tym czasie trzeci chce wrócić do mieszkania. Człowiek otwie….. O nie dosyć tego! Wszystkie koty do domu – mówi stanowczo. Obojętność.- Do domu ! – pokrzykuje i przypomina mu się genialny schemat przepływu ludzkiego nakazu przez kocią głowę, który widział w jednej z książek. Na rysunku strzałkami pokazano, jak wygląda wydana przez człowieka komenda przechodzi przez lewe kocie ucho, dociera do mózgu, gdzie natychmiast jest odrzucana i wychodzi prawym uchem. Czując, że do reszty ludzik się ośmiesza tym sterczeniem przy otwartych drzwiach i bezskutecznym pokrzykiwaniem, wchodzi na balkon i przepycha koty za zadki do domu. OBRAZIŁY SIĘ ! Ale weszły. Ludzik ma spokój. Do wieczora, bo wtedy… Tylko człowiek przykłada skołataną skroń do poduszki, a już koty urządzają galopadę. Wszystkie trzy albo osiem . I zawsze koniecznie przez jego łóżko. I tak w kółko . Udręka razy osiem. Zachciało mu się dwóch futrzaków i hodowli , psia mać. :)
Pan Kotek był chory .....
Wizyta z nami a zwłaszcza ze mną to sport ekstremalny mówi Sylwia i to jeszcze dla wyczynowców. Wiadomo już jej , że użyje wszystkich dostępnych (i nie dostępnych, czy wręcz zakazanych prawem) środków , aby utrudnić Sylwii szlachetną misję zadbania o moje zdrowie. Z naszą Łezką , która niestety już jest psim aniołkiem , sprawa była prosta. Sylwia zaciągała ją na smyczy , albo przepychała za zadek, ale wkońcu jakoś się tam dotaszczyły do medyka. I jeszcze na początku  zawsze się cieszyła , bo myślała , że idzie na super spacer ( Łezka , nie medyk).
Ze mną , o ze mną to jest zupełnie inna sprawa. Niestety. Schody zaczynają się już na poziomie umówienia wizyty w lecznicy. Najpierw Sylwia musi zlokalizować sz- Elmę ( niestety ponieważ jest nas dwoje, to na wszelki wypadek i mnie i Jantara, bo nigdy nie wiadomo, jakie tam sobie wyciągniemy wnioski)  Co jak wiadomo jest zajęciem trudnym, żmudnym oraz generującym liczne stresy, o których Sylwia wie z kolorowej prasy, że są wyjątkowo nie korzystne dla jej zdrowia. Jednak jest to jej niezbędne do wykonania planu, ponieważ ja absolutnie nie mogę się dowiedzieć , co zamierza Sylwia zrobić. Ma dużo szczęścia jeśli łazienka jest aktualnie wolna. Tam bowiem może się bezpiecznie zaczaić z telefonem, oczywiście sprytnie udając przed nami, że zagnała ją tam zupełnie inna potrzeba. Ostrożnie, jak najciszej wykręca numer telefonu do naszego weta.

- Chcę zapisać moją Elmę na wizytę - szepce do słuchawki

-Słucham ? Proszę głośniej - słyszy po drugiej stronie.

Powtarza nieco głośniej.

- Szuka Pani kota ? - zaciekawił się głos w słuchawce.

Sylwia już się denerwuje, ale nie na darmo zasady konspiracji wyssała z mlekiem matki oraz radzieckim serialem " Siedemnaście mgnień wiosny ". Odkręca kran i przekrzykując szum wody , ponawia swoją prośbę.

- Nic nie słyszę, coś strasznie zagłusza - słyszy uprzejmą odpowiedź naszego doktorka.

Sylwia zamyśla się chwilę nad magią kina, bo w filmach ten numer zawsze wychodzi. Raz kozie śmierć. Zakręca kurek i wyraźnie powtarza swoją prośbę. Uff , udało się. Wychodzi z łazienki. Szlag by to - stoję pod drzwiami. Na moim pysku maluje się wyraz podejrzliwości. Może zapomni oterminie, pociesza się Sylwia bez przekonania. I słuszną była jej niewiara w moją niepamięć, gdy bowiem nadchodzi termin X, Oczywiście znikam. Temat poszukiwań został już wcześniej omówiony ze szczegółami, przejdźmy zatem do następnego etapu. Dopadła mnie i prubuje upchnąć do transporterka, zalecanego przez wszystkich znanych hodowców, czy tam do innej torby ( do której w innych okolicznościach sama dobrowolnie właziłam - wielokrotnie i z lubością )

Nic z tego. Zapieram się jak mogę, przy czym okazuje się , że tak naprawdę mam z osiem łap, ze trzy ogony i co najmniej cztery łby , więc wpakowanie tego całego dobra , nawet do kontenerka graniczyłoby z cudem. Nachodzi naszą Sylwię chwila refleksji , bo jeszcze nie dawno widziała , jak bez trudu, dobrowolnie zmieściłam się do pudełka po butach. Na marginesie dodam, że jest oczywiście metoda transportu " na żywca " , czyli na rękach, ale jeden nieszczęśnik , który się na to zdecydował , dotarł do lecznicy z kotem na głowie. Na szczęście była zima, to udawał , że przyszedł wfutrzanej czapce. Mając w pamięci ten jakże pouczający przykład, Sylwia używa zatem wszystkich znanych jej ( i nieznanych) metod perswazji, aby zwabić mnie do transporterka. Zachęca mnie smakołykiem. Obiecuje mi złote góry, w tym najnowszy model kuwety. Grozi relegowaniem z łożka ( czym nawet mnie rozbawiła) i oddaniem na wychowanie złym ludziom. Bez efektu. Tokuje, ile wlezie, ale nie pomaga ni grośba , ni prośba. W końcu udaje jej się , nie bacząc na straty własne ( i późniejsze konsekwencje) okiełznać szesnaście moich łap, sześć ogonów i osiem łbów. Zapakowała mnie i idziemy.

Docieramy do lecznicy. Przeczekujemy kolejkę : wesoło biegających po klatkach chomików, obojętnie chrupiących marchewki świnek morskich oraz ufnie patrzących na swoich właścicieli psów ( tu czuje Sylwia lekkie uczucie zazdrości ) i wreszcie wchodzimy do gabinetu. Sylwia wyjmuje ( ha ha , cóż za eufemizm) mnie z transporterka. Tym razem mam jedną łapę, ćwierć ogona i pół łba. W dodatku zmieniłam się w kamień i nic a nic nie chcę współpracować.

A zauważmy, że dość trudno jest postawić diagnozę kamieniowi.

Zwłaszcza takiemu, który cały czas wściekle obrzuca obraźliwym wzrokiem zarówno weta , jak i tak zwanego właściciela ( zawsze wtedy przypomina się ten wzruszający wzrok Łezki). Hmmm, z drugiej strony kamień raczej nie ma pazurów, to może jednak łatwiej go zdiagnozować .... Wizyta na szczęście dobiega końca , podrapany i skrajnie wyczerpany weterynarz wypisuje nam receptę i wracamy do domu. Następuje kolejny , kto wie czy nie najtrudniejszy etap. Czas próby, rzec można śmiało. Trzeba niestety zaaplikować mi lekarstwo. Co jest ekstremalnie trudne, zważywszy na fakt, że i tak jestem już na Sylwię wystarczająco wkurzona za to , że przez nią musiałam podrapać weta.

Najpierw, jak kto głupi, Sylwia próbuje mi przemycić medykament w karmie. Nawet nie zbliżam się do miski, za to Sylwii aplikuję pełne pogardy spojrzenie - myślałaś , że masz durnego chomika ? Sylwia ciężko wzdycha , bo wie , co ją teraz czeka. Co najmniej skrzyżowanie horroru " Omen" i "Psów" Pasikowskiego ( to tak w skrócie, oczywiście). Usiłuje zatem wcisnąć mi tabletkę prosto do pyska. I tu odzywa się we mnie sz-Elma odzyskuje wszystkie łapy i teraz z powodzeniem wykorzystuje je przeciwko niej :) Po szarpaninie , w trakcie której usiłuje mnie przytrzymać i rozewrzeć szczęki, nie gubiąc jednocześnie lekarstwa, wciska mi wreszcie pigułkę do pyska. Sekundę później zdejmuje z siebie wyplutą tabletkę , a mnie z własnych pleców. Ja nadal pluje, z wściekłością piorunując Sylwię wzrokiem.

- Dobra wezmę cię sposobem.

Sylwia rozgniata pigułkę i rozcieńcza ją w wodzie. Tak przygotowaną papkę, po kolejnej morderczej szamotaninie ( Jezu , sąsiedzi zaraz wezwą policję, przemyka jej po głowie ) wtłacza wkońcu za pomocą strzykawki do rozwścieczonego mojego gardła lekarstwo. O, udało się - zdziwiła się Sylwia. Sukces jej był niestety połowiczy, bo część leku oczywiście wylądowała znowu na niej.

I tak w koło Macieju, aż do końca kuracji. Solidarnie dzieli Sylwia przepisane przez lekarza leki między mnie a swoje ubranie.

- Jeszcze będziesz mi Elma wdzięczna - powtarza mi to codziennnie Sylwia , chyba sama sobie nie wierzy jak to mówi przy czym jednocześnie smaruje sobie maścią swoje kolejne zadrapania.

Oj , głupia ty ? Wdzięczność ?! Doczeka się najwyżej świętej obrazy. I to wszystkich obecnych kotów. Tak na wszelki wypadek. 
Pudel czy kot na wystawie czyli przygotowania Jantarze
              Witajcie kochani. Wiem , że tu Elma zawsze prym wiedzie i opisuje wam rózności z naszego kociego zakątka, ale dzisiaj to ja muszę coś Wam napisać. Dlugo musiałem tą sz - Elmę namawiać aby udostępniła mi kontakt z Wami. Kosztowało mnie to kolacyjkę i rezygnację z popołudniowej dżemki w pańciowym fotelu. Może i drogo ograbiła mnie baba ale jak chce się przemówić do ludu to każdą cenę się zapłaci. Jakoś przeboleję wszak są jeszcze chrupeczki w miseczce. Chciałem przestrzec wszystkich braciaków przed tymi durnymi wystawami , chłopy mówię wam to nie taka prosta sprawa. Może w telewizorku lub w kompie wygląda to na błachostkę ale wierzcie mi wcale tak nie jest. No może i sama wystawa jest git jak siedzisz sobie w klatce , nie wliczając w to dziwnego obłapywania sędziowskego i wiecznego pchania łap obcych ludzi do głaskania. Kto to powiedział , że to co ma futro i sierść to od razu trzeba miziać aaaa zapomniałem o kolegach i koleżankach bez futra do których też się pchali z łapskami. Więc już zupełnie nie rozumiem o co chodzi z tymi głaskami. Ale do rzeczy bo my tu gadu gadu a czas leci. Wszak nie o tym miałem pisać i nie za to straciłem miejsce na ulubionym foteliku.

            Kochani co za parszywe dwa dni mnie spotkały. Wczoraj wstał sobie piękny nowy dzień może gorący, ale na pewno piękny, no bo to i Kamilka do domu wróciła a i weekend mamy więc w domciu cała rodzina więc są niewolnicy do darmowego miziania jak się odpowiednio nimi posteruje i wiatraczek się kręci, w miseczkach pyszne suche i mokre  żarełko, znowu wiatraczek się kręci po domach porozstawiane michy z wodą więc jest git. Aż tu nagle około godziny 17 Kamila zaczyna na mnie kłaść znowu to galaretowate białe świństwo , myślę sobie kurka nie jest dobrze , tyle że zapomniałem co się z tym wiąże. Ale już po paru minutach kiedy to Kamila zamknęła się ze mną w kabinie prysznicowej to już wiedziałem co jest grane. KĄPAĆ MNIE BĘDĄ!!!! No co chciałem zwiewać ale próbowaliście otworzyć tymi naszymi małymi łapkami drzwi kabiny .Ni czorta nie da rady. No i zaczęło się, moczenie futerka spłukali ze mnie białą maź ale nałożyła Kamila jakiś inny równie śmierdzący specyfik zwanym ponoć szamponem , no dobra wyszorowała , spłukała i co już koniec nie . Oj, grubo się myliłem po tym pierwszym były jeszcze dwa obrzydlistwa a na końcu to już zupełnie przesadziły te moje ludziska bo jakąś czarną maź we mnie wcierała
Kamila ponoć szampon na poprawę kolorytu , co ja tęcza jestem czy co kororytu im się zachciało. Na szczęście nadszedł kres tego szorowania spłukiwania i
myślicie że to koniec kocich tortu, nie nie teraz czekała na mnie dmuchająca wariatka czyli suszarka. Jak ja nie lubię tego ustrojstwa. I tak teraz to już jest dobrze , oj nie chcielibyście podziwiać rąk moich dużych przy pierwszym urzyciu wariatki. Zmasakrowałem wszystko w złości ale jej popsuć się nie dało więc mieszka z nami dalej, oczywiście nie jest niebezpieczna jak urzywają jej ludzkie baby ale ode mnie to z daleka. Chyba suszyły mnie z pół godziny a przy tym pryskając na mnie jakieś pachnidła i po co to wszystko. Jak zamilkła wreszcie ta czerwona wariatka i mogłem sobie już pójść, pobiegłem szybko do pokoju gdzie stoi duża szafa z lustrem , schować się chciałem. Ale wiecie co, jak stanąłem przed lustrem to zamarłem, to co zobaczyłem niczym nie różniło się od rasowego pudla. Cholera ja facet jestem a nie jakiś fircyk, jak ja się kumplom pokażę , co te moje ludzkie baby pogłupiały już do reszty nie wiedzą , że rasowemu kocurowi nie wypada tak wyglądać, nawet Elma zaczęła na mnie syczeć - no walnięte jakieś ta Sylwia z Kamilą z potężnego faceta babę zrobić jeszcze tylko brakuje mi różowej kokardki . Nic myślę sobie sporo pracy przede mną i zacząłem się wylizywać , kryzę wymyśliłem skąpać w jednej z misek z wodą, trochę przestała waniać jak perfumeryjny za czasów komuny , co starsi to będą wiedzieć co to oznacza a młodym powiem tylko tyle że zapachy z dzisiejszych czasów perfumeryjnych sklepów są trochę mniej intensywne. Zakopałem się w mysiej dziurze i myślę sobie prześpię najgorsze jutro będzie lepiej. A tu guzik z pętelką z tego lepiej, rano Kamila prawie w środku nocy wyczaiła mnie w owym pokoju do którego wlazłem wczoraj. władowała mnie do transportera, nawet nie zdązyłem zaprotestować a gdzie czas na śniadanie i toaletę , skoro świt wyruszyłem nie wiadomo dlaczego i gdzie. Zły na te moje baby bo jeszcze nie zdążyłem zrobić przecież porządków z futerkiem a one mnie gdzieś wiozą. Oby tylko nie było ludzi tam gdzie jadę a zwłaszcza kocurów , no bo będą mieli ze mnie ubaw. Się baaaaardzo mocno rozczarowałem po raz kolejny , jędze jedne wywiozły mnie znowu na wystawę, a raczej kocie więzienie, oni nas tam w klatkach zamykają, noszą do jakiś obcych , którzy nas obłapiają i tarmoszą. Masakra. Choć powiem wam, że zasłużyłem na akt miłosierdzia i dostałem prywatną klimatyzację klatki - wiatrak przez duże W. I chwała wszystkim bo nie długo to bym sobie zadek odparzył w tej klatce. Swoją drogą ciekawy jestem dlaczego nikt jeszcze nie wymyślił futer z zamkiem błyskawicznym.Jeszcze jedno było bardzo zastanawiające w sumie nie wiem dlaczego, ale była to wystawa gdzie dostałem masę buziaków od Sylwii, zostałem wytarmoszony przez jakiś obcych ludzi , jakieś gratulacje mi składali i Sylwia nazywa mnie dżem-Fionem , toż ja Jantar jestem Janeczek a nie jakiś Fion i co ma dżem do tego Fiona tego nie wiem, może ten Fion lubi dżem??? i właściwie nie wiem też czy to obraźliwie czy nie . Ale pomyślę o tym jutro dzisiaj idę pić, jeść i spać. Dobranoc przyjaciele myślę że jutro wstanie już n o r m a l n y dzień.
Kot na złej drodze....
Każdy pożądny kot domowy okresowo staje się KOCIOREM staję się nim też i ja a od czasu do czasu i Jantarek przylizus. Jestem wtedy Osobnikiem wrednym, wyzutym z sumienia i pozbawionym skrupułów, za to z lubością uprawiającym przestępczy procder. Zjawisko kociorowatości jest tak powszechne, że nawet poświęcono mu już osobne publikacje książkowe. Objawami zejścia przyzwoitej kocicy czyli mnie na złą drogę są niestety różne i dlatego często mało diagnozowalne na początku.
      Pewnie słyszeliście już opisywany przypadek pewnej mojej koleżanki , która znienacka ugryzła swojego ludzia a konkretnie Panią w no, że jak to napisać , no w pośladek, kiedy jej pancia pochyliła się nad wanną, aby umyć głowę. Jej ludź czyli ofiara kociora przysięgała potem , że jej Lusia bo tak zwie się moja kumpela zamiast oczu miała dwie fosforyzujące latarnie. Natomiast autor pewnej książki nad którymi to siedzi namiętnie moja Sylwia , bo jak twierdzi potrzebne jej to oby lepiej nas poznać, bahahaha ...... akurat :) , opisuje Kota , który w ankietach jako swoje hobby podawał " sranie po kątach". Inny zaś przedstawiciel mojego gatunku rozsypywał paczkę kawy i tarzał się w niej w narkotycznym upojeniu po czubek nosa, by potem , już na haju :) , zaczepiać nieprzystojnie okoliczne kotki. Wierzcie mi pomysłowość wykolejonych osobników w dziedzinie kociego bandytyzmu jest nieograniczona. Moja Sylwia pewnego pięknego dnia na ten przykład znalazła swoją ulubioną roślinkę doniczkową , którą to ponoć dostała w prezencie ślubnym, obgryzioną do " samej kości". Rosła sobie prawda latami obok nas i nikomu nie przeszkadzała to fakt. Ale nagle i to jednocześnie w jednej chwili objawił się Kocior i we mnie i w Jantarku , szast - prast, i zamiast kwiatka Sylwia ma teraz marny badyl.
      A pewnego dnia Kamila - to nasza młodsza Pancia szła sobie jakby nigdy nic do kuchni. Idzie śmiało a może normalnie sprawdzić co mieszka w lodówce i czy przypadkiem coś się cudem nie rozmnożyło albo pojawiło, idzie wręcz wyzywająco, nawet coś sobie tam bucząc pod nosem , bo nie zauważyła we mnie wyżej opisywanego Kociora. I co ..... nagle pieśń więźnie jej w gardle i wdeptuje w coś miękkiego. Właściwie była zdziwiona co to może być. Podnosi nogi i na ziemi znajduje ..... wszyscy wiemy co.
    A kuku!!! Miałaś Kota , masz Kociora.
    Bo po co , bez uzgodnienia ze mną, zmieniłaś żwirek na inny??? Innym razem Pancio spał sobie smacznie. My Bogu dziękować też. Ale nagle z błogich acz nierealnych marzeń wyrywa Pancia całkiem realny ból. Budzi się paczy a tu Kocior czyli ja , wpita kłami i pazurami , niczym Drakula , w duży palec u nogi, którą to kończynę wystawił Pancio niebacznie spod kołdry. Głównie zresztą dlatego, że nie starczyło mu okrycia , bo na większej części pościeli spał Jantar. I o co mu teraz chodzi??? Kocior czyli ja uważałam, że to było zabawne. Podobne opowieści można by snuć bez końca. Zwłaszcza ci którzy są właścicielami Kotów.
    Taaaaaaak ..... zaprawdę nigdy nie wiecie i nigdy nie wiadomo, kiedy zaśniecie z porządnymi Mruczkami, czy innym Jantarem czy Elmą przy boku, a obudzicie się ( w środku nocy ) oko w oko z K O C I O R E M
KOCIOR - definicja, charakterystyka , objawy.
      Ponieważ , po ostatnim moim wpisie zasypaliście mnie mnóstwem pytań dotyczących KOCIORÓW , dzisiaj postanowiłam się zrechabilitować i podać Wam typową charakterystykę Kociora wedłóg naszej kultowej kociej biblii , co prawda napisanej przez ludzika ale rególarnie poddawanego na opary kocimiętki wpychanej podczas snu pod nos , przez jednego z naszych mądrzejszych przedstawicieli. A więc ....
       
          K O C I O R
- osobnik z gatunku kotowatych. Charakteryzuje go dobrze wyeksponowany garnitur zębów (zaopatrzony w użyteczny komplet kłów) , zestaw chwytnych, groźnie zakrzywionych szponów, spojrzenie dzikie a straszne i dziwnie przebiegłe oraz dekadencko skołtuniona okrywa sierstna. Kociory zalęgają się masowo w ludzkich siedzibach, na co dzień podstępnie udając koty domowe, dzięki czemu bez trudu zyskują domowe źródło pożywienia , wygodne miejsce do reprodukcji oraz ludzki obiekt do bezkarnego doskonalenia swojego przestępczego rzemiosła. W swoich matecznikach oddają się licznym nałogom ( jak jaranie skrętów z kocimiętki ) , słuchaniu psychogenicznej muzyki oraz nieprzyzwoitej lekturze. Cykl godowy Kociorów trwa okrągły rok, przy czym pewien odsetek przedstawicieli tego gatunku ulega dewiacji i pragnie się rozmnażać ze sprzętem domowym, ze szczególnym uwzględnieniem klamek, szczotek oraz innych przedmiotów, które człowiek w swojej niedoskonałości uznaje za tzw. codziennego użytku. Kocior ma naturę wredną i nieprzyjazną wszystkiemu, co żywe, z wyłączeniem innych Kociorów, z którymi czasami wchodzi w zmowę. Gatunek ten ma dziewięć żywotów, każdy straszniejszy od następnego. Kociorowatość jest zaraźliwa.
UWAGA ! W ciemności niektóre kociory świecą.

Bibliografia : " Uwaga ! Złe koty !" Autor : Jim Edgar 
Kliknij, aby edytować treść...
                Sylwia naoglądała się znowu świątecznych reklam kociej karmy i w naiwnej głowie ludzkiej uroił się jej następujący sielski obrazek : białe Boże Narodzenie, kominek , drzewko świąteczne i słodko drzemiąca ja z Jantarkiem. Ale mówię Wam kto z właścicieli popada w taki dekadentyzm ten nie rozumie podstawowych zasad współżycia z nami i prawdopodobieństwo , że Sylwia nie dożyje nawet Pierwszej Gwiazdki z nami jest tak pewne jak to że jesteśmy. Albowiem tak się składa, że ja i Jantar i świąteczne drzewko w zasadzie wykluczają się nawzajem.

              Święta z nami ( pierwsze bo potem Sylwia już zmądrzała) przebiegają następująco : przed Wigilią wtarabaniła się Sylwia do domu ze starannie wybraną choinką. Taszcząc drzewko w radosnym nastroju, wyobrażała sobie , jak to uszczęśliwi swoje Mruczusie. Kicie kochane poczują zapach lasu , zew krwi przodków zagra im w żyłach, jedlina zawróci im w głowach ... ( wciórności , w złą godzinę przez Sylwię wymyślone !!! ) Kto wie, marzyła sobie
jak dureń , może nawet po tradycyjnym spożyciu opłatka przemówimy do niej ludzkim głosem ? ...

              Oj ty głupia, Sylwio !!! Kotki kochane czyli ja i Jantar , bo dobrze że nie było kociąt bo dopiero by się działo, zjeżyliśmy się na takie nieznane nam bliżej iglaste dziwadło , a potem ... Poczuliśmy , oj poczuliśmy zew krwi. Niestety . No i się zaczęło. Grzeczni na ogół , bo narzekać na nas Sylwia nie ma co, zamieniliśmy się w Kociory ( czytajcie wyżej według definicji charakterystyki ) Od czasu ustawienia choinki w stojaku Sylwia nie zaznała chwili spokoju. A właściwie od momentu jej ubrania, na co oczywiście cierpliwie zaczekaliśmy, bo przecież lubimy maksymalnie zwiększone stopnie zrobienia Sylwii w bambuko oraz trudne wyzwania i urozmaicony tor przeszkód.

              Teraz Wam opowiem jak wygląda, nasza wersja uczczenia świątecznej choinki :
  Sylwia szykuje barszczyk wigilijny, ściąga mnie z połowy drzewka,
      Sylwia kroi karpia, odrywa Jantara od wierzchołka choinki, wyrywając mu jednocześnie z pazurów ozdobny czub, który przywróciła ogołoconemu drzewu.
          Sylwia uciera mak, odbiera mi pamiątkową bombkę ( jeszcze po swojej babci) , która od pokoleń jest w jej rodzinie , a którą to ozdobę ja wesoło sobie
turlałam po podłodze.
      Sylwia lepi uszka, zmiata z podłogi resztki wspomnianej wyżej bombki , ( ale to tym razem nie ja to Jantar ) , która to bombka, jako szklana i wiekowa, źle zniosła ponowne Jantarze turlanie ( chociaż przedtem przetrzymała zarówno nazistę, jak i bolszewika ).
        Sylwia doprawia kapustę , znowu ściąga mnie z wierzchołka choinki.
          Sylwia studzi kompot z suszu, sprząta resztki kolejnej bombki.
  I tak przez całe święta ...

            Radosny hard core na osiem łap, pazury, dwa ogony i choinkę.Kolęda Kociorów na bombki i dzwoneczki. I jeszcze na dokładkę, aby Sylwia już
ostatecznie pognębić , Koteczki ukochane darowany opłatek i owszem zżarłyśmy, ale o przemawianiu ludzkim głosem mowy nie będzie. W końcu nie po to
opracowaliśmy specjalny miauk do zarządzania zasobami ludzkimi, żeby się teraz wygłupiać. Chcesz Sylwia świątecznego tokowania o byle czym, to sobie włącz telewizor ( tam cię nie zawiodą ) .

            Jeśli jednak myślisz kobieto , ludziku marny , że wspomniane wydarzenia to kres twoich koto - choinkowych mąk, to niestety jak zwykle jesteś
w dużżżym błędzie. Prawdziwa zgroza dla Sylwii i pozostałych domowników zaczyna się, gdy drzewko nieco podsycha i zaczyna tracić igły. Wtedy bowiem każda wizyta moja czy Jantarza na szczycie choinki ( średnio 20 razy dziennie ) kończy się zwiększeniem malowniczej podściółki leśnej na Sylwii dywanie, a kto z ludzików nie wydłubywał z dywanu suchego igliwia, ten nie wie , co to prawdziwe życie. Jako że organizmy hodowane w Sylwii domu raczej nie wymagają wspomnianej podściółki, jest jej ona tym samym na tzw. " plaster" . Ale co my mamy za ubaw, to nasze. Niestety w następne święta i tak do tej pory , Sylwia wykazała się już większą dozą rozumu. Choinka jest sztuczna, bombki plastikowe, a w sprawie opłatka nie oczekuje już od nas zbyt wiele. I dzięki temu w dobrym zdrowiu i psychicznej równowadze dożywa nam Sylwia do kolejnego Bożego Narodzenia.

No to Wesołych Świąt kochani !!!!
CZEGO masz się SPODZIEWAĆ jak SPODZIEWASZ się kotka.
Cześć kochani dzisiaj ponieważ po naszym domku znowu lata gromada małych smarkaczy dodamy tekst dla wszystkich którzy taką puchatą kulkę chcieli by mieć w domu. To nie jest prosta decyzja . Dzięki uprzejmości mojej najbliższej przyjacióki Nataszki udostępniam kilka bardzo ważnych punktów do przeanalizowania przed podjęciem decyzji o kupnie bądź przygarnięciu malucha do domu. Nie róbcie tego pochopnie i pod wpływem chwili. Bo chwila mija ... a potem jest proza dnia codziennego. Szczególnie zwracam się do ludziów, którzy opinię o nas- Kocich Agentach wyrobili sobie na podstawie słodziastych reklam kociego żarcia. My Koci Agenci nie jesteśmy tacy jak pokazują na reklamach! Nie siedzimy całymi dniami na kanapie! A po posiłku nie leżymy do góry łapkami słodko mrucząc i dając się miziać po brzusiu! To bujdy na resorach. Dlatego przeczytajcie proszę do końca. CZEGO masz się SPODZIEWAĆ jak SPODZIEWASZ się kotka:
1. Zacznę od tego, że my Koci Agenci nie jesteśmy psami. Więc nie spodziewaj się, że będziemy biegać na twoje rozkazy. Ustalmy raz na zawsze- jesteś niżej w hierarchi. Jasne? Jak chcesz mieć służącego i podlizywacza to przygarnij psa. Raz na zawsze zapomnij o tresurze. No chyba, że koniecznie musisz iść do psychiatry...
2. To co jest twoje jest też moje. W szczególności dotyczy to jedzenia. Przyzwyczaj się do myśli, że ZAWSZE próbuję pierwszy a zapomniane na blacie kuchennym mięso ma prawo zniknąć na dobre.
3. Kwiaty... Ustalmy, iż ja znam się na ogrodnictwie lepiej od ciebie. Wiem jak, gdzie, kiedy należy przycinąć domowe roślinki. Wiem jak i na ile nawozić ziemię nawozem własnym. Oraz ile ziemi powinno być w doniczce a ile wsmarowanej w ten twój piękny puchaty dywan. O ile do tego możesz się przyzwyczaić o tyle wiedzieć musisz, iż niektóre rośliny są dla mnie trujące (wszystkie te które ci się podobają u znajomych). Więc jeśli nie chcesz mnie reanimowac po
każdym doglądaniu przeze mnie roślinek - lepiej pozbądź się roślinek. Możesz zastąpić je sztucznymi- tiaaa... plastikowe gałęzie i tak się nie trawią a weterynarz ma niezły ubaw jak bierze od ciebie pieniądze za wyjęcie tego ze mnie. Wierz mi- owies czy trawa też fajnie wygladają na oknie.
4. Firany. Tu nie będziemy ściemniali. Firany służą do wspinaczki. Albo to zaakceptuj albo ich nie wieszaj. Owszem- bywają Koci Agenci (na przykład ja sama), którym firanki nie przeszkadzają. Ale to wyjątki. Większość z nas traktuje je jak wroga śmiertelnego, którego trzeba zniszczyć. Oczywiście możesz próbować persfazji ale... patrz punkt 1. Zrezygnuj z firan lub wybieraj te tańsze, których nie będzie szkoda szarpać.
5. Stoły. Stoły, półki, meble są po to aby po nich skakać. Nie wiesz jakie to dla nas ważne gdyż sama nigdy nie skakałaś po nich. Lepiej nie układaj na nich serwetek. No chyba, że chcesz aby Koci Agent bardzo spektakularnie wpadł w poślizg i rymnął razem z zastawą na ziemię... To wtedy zostaw ten obrus na miejscu. Możesz oczywiście próbować oduczyć nas łażenia po stole ale... patrz punkt 1. Zresztą twój bazyliszkowy wzrok działa tylko wtedy jak na nas patrzysz. Kiedy wyjdziesz z domu nie tylko będziemy łazili po stole ale i umyjemy sobie na nim zadek!
6. Durnostojki. Istnieją na świecie Koci Agenci którym durnostojki nie przeszkadzają w wędrówkach ( starzy, ślepi, leniwi). Większości z nas przeszkadzają. Możesz być pewna, że pobawimy się tym ślicznym porcelanowym kotełkiem z misnieńskiej porcelany. I to absolutnie nie nasza wina, że kotek nie potrafi skakać z półki! Lepiej pochowaj zawczasu do szafy albo sprzedaj na allegro- bedziesz mieć kasę na nasze utrzymanie.
7. Szafa. Szafa to miejsce magiczne. Szybko uczymy się jak otwierać jej drzwi. Zaś jej ciemne, przytulnie pachnące tobą wnętrze zamienia się w nasz azyl. Jest to miejsce wzmożonej pracy związanej z zakłaczaniem twoich ulubionych czarnych ubrań. Możesz oczywiście próbować oduczyc nas włażenia do szafy... patrz punkt 1... no możesz... kto ci broni próbować.
8. Zakłaczanie. Jesteśmy Kotami ,tak? Koty sa owłosione- tak? I te kłaki czasem wypadają - tak? No to co się dziwisz że masz je wszędzie? Czy ja się czepiam jak masz łupież i sypiesz sobą na okolicę? Tak, wiem jakie to modne wyjść w zakłaczonej garsonce. Masz kota to się nim pochwal.
9. Skoro już trzymasz mnie zamknietego w domu to przynajmniej zabezpiecz siatką balkon. Koszt niemały ale... i tak mniejszy niz skrobanie mnie z chodnika poniżej. Jestem kotem- i skrzydła mi nie wyrastają w locie. A skakać lubię...
10. Jak już jesteśmy w temacie- jestem kotem. Koty to drapieżniki. Polujemy nocą. Nie dziw się więc, jeśli cały dzień śpimy a potem nadrabiamy ruch nocami. Możesz to oczywiście próbować zmienić... Tiaaa... No możesz... Kto ci broni... Powodzenia.
11. Noce służą do zabawy. Nam nie przeszkadza, że śpisz jak zabity a rano musisz wstać do roboty. My ci nie przeszkadzamy kiedy grasz w kulki na internecie. To ty uszanuj nasze zabawy. Tak! Jesteś wspaniałą trampoliną. I tak- skakanie na twoją głowę jest zabawne. Tylko ty się nie znasz na żartach.
12. Jesteśmy drapieżnikami. Drapieżniki polują. To co się dziwisz, że polujemy na twoje gołe stopy wyskakując spod łóżka w nocy? To jest naprawdę zabawne! Szczególnie jak masz problemy z sercem!
13. Mięso.Mięso to podstawa naszej diety. A polowanie jest naszą naturą. Bedziemy ci znosili prezenty na poduszkę. No wiesz... pająki, ćmy, muchy...
Słowem - wszystko co uda się upolować w mieszkaniu. Koty wychodzące mają większe pole do popisu- zawsze mogą przywlec wybebeszoną mysz czy
ptaszka...
14. Jesteśmy bardzo czyściutkimi zwierzaczkami. Higiena osobista to bardzo ważna część naszej natury. Zazwyczaj załatwiamy nasze potrzeby do kuwety ze żwirkiem. Ale to TY masz dojść do tego jaki żwirek lubimy. Inaczej może nam się przydarzyć małe nieszczęście... No wiesz... Nie trafimy do pudełeczka... No co się wybałuszasz? A ty zawsze trafiasz? Po pijaku, w pociągu... Trafiasz zawsze?
15. Stres. Delikatne z nas stworzonka, nie ma to tamto. Bardzo szybko się stresujemy. Nie krzycz na nas, nie bij! Ani nie zmieniaj bez przerwy wyglądu naszego otoczenia. Bo będzie nieszczęście! A nasikać można nie tylko do wanny- buty, twoje łóżko czy nowa kanapa też się do tego nadaje. I nie robimy tego złośliwie. Po prostu- otaczanie się własnym zapachem działa na nas uspokajająco.
16. Nasze otoczenie. Dobrze jeśli mamy drapaczek i jakieś miejsce położone na tyle wysoko byśmy czuli się tam bezpieczni. To zmniejsza stres i pozwala nam zawsze się wycofać. Ale wyjaśnijmy sobie jedno- posiadanie drapaka (nawet takiego za 3000 zł ) nie znaczy, że nie podrapiemy ci tej dizajnerskiej
skórzanej kanapy za 20 patoli czy nowych tapet w najbardziej widocznym miejscu. Tiaaa... ten kudłaty dywan perski też się nadaje do drapania. Nie miej pretensji- taka nasza natura.
17. Pazurki. Nic ci nie da obcinanie nam pazurków. Drapanie ma na celu nie tylko złuszczenie i naostrzenie pazurków ale i pozostawienie śladów zapachowych... A przecież im krótsze pazurki tym bardziej tępe... A im bardziej tępe... No sama sobie dopowiedz- tym więcej drapiemy.
18. Mycie się. My Koci Agenci wciąż myjemy futerka. A futerka gubią kłaki. Te kłaki połykamy. A co wejdzie to i wyjść musi. Nie miej nam za złe puszczenia pawia z kłaczkiem na twoją białą kanapę, nowy dywan, czy poduszkę . Czasem się zdarza... tiaa zdarza się nam na te miejsca nie trafić.
19. A co do wychodzenia. Tym drugim końcem też nam wychodzi. I w naszym przypadku- jesteś tym co jesz -nie bardzo się sprawdza. Nasza kupa śmierdzi
okrutnie. O tym to wam nie mówią w czasie adopcji c'nie? No to ja wam powiem- śmierdzi tak, że co wrażliwsi mogą zwymiotować. I teraz wbiję ostatni gwóźdź do trumny- robimy to codziennie!
20. Jesteśmy Kotami.Koty miauczą. No to nie spodziewaj się szczekania. Ani tego, że każasz nam zamknąć mordkę. Próbować możesz... ale... patrz punkt 1. No i jak się będziesz na nas drzeć to się zestresujemy a wtedy... patrz punkt 15... Rozumiesz c'nie? Jak już ustaliliśmy, że miauczymy i nie damy się
uciszyć to warto abyś zainwestowała w zatyczki do uszu. Szczególnie jak mamy chęć na amory.
21. Znaczenie terenu. No co? Zdziwiona? Na twoich drzwiach niby nie jest napisane kto tu mieszka? Twój samochód nie ma rejestracji? To co się dziwisz kiedy ja znakuję teren drapaniem czy sikaniem? Zawsze możesz mnie próbowac przekonać żebym tego nie robiła ... no możesz... ale czy nie łatwiej jest po prostu przeprowadzić sterylizacji?
22. Smycz i spacery. Owszem- niektórzy z nas chodzą na smyczy... Niektórzy. Nie spodziewaj się jednak, że TWÓJ kotek będzie truchtał obok ciebie na romantycznych spacerach w blasku zachodzącego słońca. Ba! Nie spodziewaj się nawet tego, że TWÓJ kotek wyjdzie dobrowolnie na spacer. Ustaliliśmy już że nie jesteśmy psami prawda?
23. Uczucia. Uczucia okazujemy wtedy GDY MY CHCEMY. Nie wtedy gdy ciebie natchnie romantycznie. Nie każda pora jest dobra na głaskanie. Nie każda część ciała jest odpowiednia na głaskanie. A to co podobało nam się wczoraj nie musi podobać się nam dzisiaj. Jasne? Nie jesteśmy pluszakami. Ty też nie lubiłeś jak w dzieciństwie stare ciotki szczypały cię w policzki i zacałowywały na śmierć . Nie powielaj tego zachowania na nas.
24. Kolana. Nie każdy Koci Agent lubi siedzieć na kolanach. A to że jesteś naszym opiekunem nie znaczy że to właśnie ciebie obdarzymy najgorętszym uczuciem. Miłości się nie wybiera. 25. Spanie w łóżku. Wielu z nas lubi spać w łóżku. Najczęściej na poduszce. Czasem pod kołdrą. Ale zawsze na łóżku. Możesz z tym walczyć ale... patrz punkt1 oraz 15.
26. Choinka. Choinka jest wrogiem śmiertelnym, którego kazdy szanujacy się kot chce zabić. Owszem, są koty które zostawiają ją w spokoju... Nie znaczy to jednak, że TWÓJ kotek jest taką ciapą. Choinkę nalezy spacyfikować, zagryźć i przewrócić. Zawsze możesz próbować persfazji (patrz punkt 1), wrzasku (patrz punkt 15) albo zwyczajnie zamknąć choinkę w osobnym pokoju (patrz punkt 15 oraz 20).
27. Żwirek. Przyzwyczaj się zawczasu do myśli, że żwirek będzie wszędzie. Na poduszce, dywanie, w twoich butach, prześcieradle... Cóż...żwirki tak już mają. O wydmach słyszałaś c'nie? Wydmy wędrują... no! żwirek też wędruje.
28. Klamki. My koty nie jesteśmy durne jak psy. Większość z nas uczy się jak otwierać drzwi poprzez naciśnięcie klamki. Jeśli więc nie chcesz mieć wciąż otwartych na oścież drzwi wejściowych to albo zainwestuj w klamkę okrągłą albo zwyczajnie naucz się zamykac drzwi na klucz. Tak! Te do łazienki też potrafimy otwierać- jak nie chcesz aby sasiad zobaczył cię nago pod prysznicem to koniecznie kup te okrągłe klamki!
29. Papier toaletowy. My koty jesteśmy z natury podejrzliwe ... Więc nie dziw się jeśli kazdą rolke papieru rozwijamy w celu sprawdzenie czy na serio nigdy się nie kończy.
30. Kable. Kable, a w szczególności te od wszelkiej maści ładowarek oraz słuchawek zawsze pierwsze dążą do starcia z nami. Oczywiście nie mają szans. Wynik takiej walki jest z góry przesądzony a zwycięzca tylko jeden- kot. Dla swojego zdrowia psychicznego nie zostawiaj nigdzie niezabezpieczonych
kabli oraz słuchawek.
To tylko część tego czego możesz się spodziewać po malutkim, rozkosznym kociaczku, którego zobaczyłaś w ogłoszeniu. W rzeczywistości może cię spotkać o wiele więcej ... Nasza wyobraźnia nie zna granic. Jesteśmy jak dzieci... dzieci z czterema łapkami i ogonkiem.. Nie chcę negować idei przygarniania kociaka. Przygarnij! Ale zrób to świadomie. Możemy żyć nawet 20 lat. W tym czasie nasze potrzeby zmieniają się.
Z rozbrykanego kociaka przechodzimy w stan dojrzałości a potem starości kiedy być może trzeba będzie nas nosić do miseczki czy podkładać pieluchę na noc.
Jedno się nie zmienia- MY KOCHAMY do końca.
A ty? Podołasz temu zadaniu?
Czy kot może zaprzyjaźnić się z kozą ???
Po wielu namowach Sylwia udostępniła mi tego lapsropa . Czasu u mnie teraz niewiele wszak wychowanie pięciu niesforników trochę czasu zajmuje . Ale wiecie odebrałam telepatyczny sygnał od mojej córki Diuny , że koniecznie muszę odczytać od niej wiadomość. No co się tak durnowato patrzycie na mnie - że co , że niby ze mną coś nie tak - a to niby dlaczego ??? Hmmm.... aaaaa o tą telepatję wam chodzi , a co że niby nigdy nie słyszeliście o tym jak matka czuje , że dziecko chce coś od niej . Nie .... wy ludzska to jednak ograniczeni jesteście i to muszę powiedzieć , że okropnie . Więc jeśli nie doznajecie , takowych odczuć , to musicie przyjąć , że my koty tak mamy. No i jak trza to trza , ale problem w tym , że Sylwia wcale nie uważała , że trza . Ale dopiero teraz wiem , ograniczony narodzie dlaczego nie rozumiała tego. Kurcze zboczyłam trochę z tematu a to zaraz godzina karmienia przypadnie. A więc jak już przekonałam Sylwię że trza mi jednak tego laptopusa otworzyć i mogłam odczytać wiadomość Diuny do mnie i okazało się , że Diunka strasznie chciała się wyżalić aby nigdy ale to przenigdy nie zawierać znajomości z innymi gatunkami . A mówiłam tłumaczyłam jak były małe . że inni to są tylko do tolerowania a przyjaźnie z kozą to już wogóle nie wchodzą w rachubę . Czy wy kiedykolwiek widzieliście to zwierze brzuch jej wystaje , wydaje to to takie durne dźwięki i jeszcze ma rogi - sra bobkami , i totalnie nie wie jak się zachować . Jedną ma zaletę i to wielką daje pyszne mleczko . Ale , że co że o tym też nie wiecie - a nie wiecie ale nie wszyscy próbowaliście . :) A więc u Diunki było to tak :
Mamo muszę Ci coś opowiedzieć , wiesz pamiętasz jak przestrzegałaś mnie przed kozami - no i Ci powiem czego ci ludzie nie wymyślą!
Kto by to wdział, moi ludzie takiej jednej przykleili urwaną łapkę klejem ?!

Mówię Ci mamo , no wzięli klej, taki w tubce, co to szybko schnie i łapkę przykleili – tę co się urwała. No ale, muszę Ci opowiedzieć wszystko od początku.

Od rana świeciło słoneczko. To znaczy nie od tego pierwszego rana, co to jem śniadanie, bo wtedy to są jeszcze księżyc i gwiazdy, chociaż już tak jakby ich
było mniej niż chwilę wcześniej. No ale o tym pierwszym śniadaniu to Ci kiedyś indziej opowiem.

Tak więc, jako że było słoneczko i z nieba nie leciały te mokra i zimna woda ludziska chyba na to deszczyk mówią ( choć nie rozumiem dlaczego - dla mnie deszczyk w deskach leży , czyli jest to umarły ktoś i bynajmniej nie jest mokry choć na pewno zimny ) , a więc ta woda z nieba się nie lała więc mogłam sobie
od rana wyjść na ogródek. Jejku mamuś , jak ja to lubię! Chętnie bym tak sobie codziennie cały dzień na ogródku była. Mówię Ci ,tyle się tu ciekawych rzeczy dzieje, że nawet nie wiem, o czym by Ci tu najpierw opowiedzieć. Acha, no tak, miałam pisać o urwanej łapie .

No więc wyszłam sobie na dwór, słoneczna lampka grzała przyjemnie moje futerko, lekki wiaterek poruszał delikatnie moimi wąsiskami, ale cudny zapach
czegoś, co właśnie zakwitło, dobiegał do mojego nosiska. Koniecznie musiałam sprawdzić ( wszak z nanury koty są ciekawskie ), co tak pięknie pachnie, więc zaczęłam przemierzać ogród w poszukiwaniu tego czegoś. Minęłam grządkę, na której mój damski ludzik posiał takie coś, czego na pewno nie lubię, bo i to ładnie nie pachnie, i tylko po nosie łaskocze.Mówią o tym kopurek . No ale ja, nie kpurku  szukłam , tylko tego ładnego zapachu… Jest! O jejku, jaki niesamowity! A ta roślinka, to co to jest? Duże żółte kwiaty, takie mięciutkie i delikatne płatki i ten słodki zapach… Normalnie wprawia w transylwanię , tfu... to znaczy w transowatość.
-  Ała! Mamo to  kłuje?! Dlaczego to ma kolce? Kurcze, takie piękne to, jak to nazywają… Acha, rózga nie chyba nie tak zaraz pomyślę... rrróóóóżżża no tak tak ma też na imię znajoma ludzkiej matki , czy coś takiego, piękne to może są  – ale ukłuły Diunkę w nosek. Ale co tam, i tak te kwiatki spróbuję sobie ugryźć.

Ale zaraz… Co tam stoi? Co to za zwierz? Jak to, w moim ogrodzie sobie po trawie łazi! O ty! Co ja mam z tobą zrobić,chwilę musiałam pomyśleć  pogonić czy  zaprzyjaźnić? Czy ty też jesteś kotem? Eeee chyba nie .  Najpierw postanowiłam parę razy małknoć no jak to robią rasowe maine coony , no i wydałam z siebie donośne Maaałłłł !!!  Hmmm ... nic no to się przedstawię temu czemuś, może powiem tek kreaturze , że to mój dom, mój ogród i żeby sobie  poszedła  gdzie indziej. Ciekawe czy ta kreatura to dziewuszka czy chopak , bo wiesz mamusiu jak chopak to trzeba bić , ja nie biłam tylko Dantego bo on był dla mnie miły.
Dlaczego kreaturo  nie odpowiadasz na moje małkanie ? Jakaś nie kurturalna.  A może ona jednak nie jest kotem? Kurcze a może to - Pies? Nie, też nie. Przecież u sąsiada jest ten czarny Burek, co tak dużo nie miałczy tylko szczeka. Ale ja się go przecież  nie boję , on taki mało kumaty jest , wiesz mamo . Podchodzę do tej siatki, co to nas oddziela, i patrzę na niego i robię taki Huuu.., i  wtedy on zawsze ucieka, a potem podchodzi powoli i nawet pozwalam się powąchać. A ostatnio nawet nasze nosy się dotknęły! I ma taki zimny nochal , nawet bardziej niż my !!! I ja go chyba nawet trochę lubię, a trochę nie i on też mnie czasem trochę lubi, a jak go łapą po nosie podrapię, to tak trochę mniej. No, jak w ludzikowym przysłowiu , jak pies z kotem. No  nie, to białe zwierzę na trawniku, to nie pies. No wyjścia nie ma, trzeba podejść trochę bliżej, pooglądać, powąchać, mauknąć  jeszcze ze dwa razy . no może się ruszy słup  soli . Podeszłam -  Oj kocie dantejski , to jest ode mnie trochę większe…Ciary mnie przeszły do czubka ogona . Głowę ma,prawie jak my mamuś  – to znaczy nie, że taką samą, tylko że w ogóle ją ma – tak jak resztę ciała, cztery nogi i ogon.Ten ogon to jakiś taki krótki i mały, no i nie taki puszysty jak mój. Nogi
długie i chude i… O nie! To ma brodę! iii rogi !!! Taką małą – ale śmiesznie to wygląda! Ale czemu to nie miauczy i nie rusza się? Prychnę na to, to się może przestraszy…ucieknie.

Prychnęłam, miauknęłam – i nic! Stoi jak stało! To się mnie nie boi i zaprzyjaźnić się też nie chce. Nie ma wyjścia, trzeba to zaatakować tak jak uczyłaś nas mamusiu i tak jak tego Burka zza płotu, co go nawet trochę lubię, a trochę nie (jak to pies z kotem) trzeba to pazurami postraszyć. No więc tak: wezmę rozbieg i… Albo lepiej nie – przyczaję się, przykucnę i skoczę. O, tak! Jak pomyślałam . tak zrobiłam z przykuca i półobrotu z pazurskami na wierchu i skok ...

Oj! Oj! Ojej! Co się dzieje?! Dlaczego to się od razu przewróciło? Ała! Jaka ta kreatura jest twarda , łapki bolą , dyńka też . Upadając narobiła tyle rumoru . że sąsiada na nogi by postawiła , tego co mieszka dwa domy dalej.Jeszcze na dodatek uwaliła mi się na łapę Ała! Ojej, mamusiu miau, małuuuuuuu! O kurcze Tutaj obok mnie łapa leży! Tak sama, bez reszty nogi… O kurcze nie mam łapy co ja zrobię .Uff… na szczęście to chyba  nie moja. Ja mam czarne, a tu
leży biała, no i ja mam wszystkie cztery. Ale co to kreatura coś jej się stało? I dlaczego ta łapsko w środku ma dziurę??? jest pusta w środku? Czemu ten zwierz nie beczy przecierz to boli jak urwą łapę wszędzie w internucie tak piszą?
I w ogóle to czemu ona jest z takiego czegoś twardego, jak moja miska na chrupy? Ojej… No teraz to  już mi świta wszystko wiem! To nie była żywa kreatura , jak ja czy ten Burek zza płota,tylko Pańcia wymyśliła  sobie, że będzie sobie takie cóś stać na trawie i ładnie wyglądać.
Wielki rumor zwołał rodzinkę ludzką do ogrodu , pewnie będzie burza o tą pustą kozią łapę . No ale myślę , że dowody wdzięczności się należą bo teraz kozia kreatura wygląda ciekawiej.  Zaraz… ale dlaczego pańcia się nie patrzy na mnie, czemu mnie nie tuli i nie pyta, czy nic się kotusiowi nie stało? No i nie dziękuje mi za unieszkodliwienie wroga ??? Dlaczego zajęła się od razu tym sztucznym stworzeniem? A,nie… Już wzięła mnie na ręce, już patrzy, czy wszystkie moje łapy są tam, gdzie być powinny i na pewno nie mają dziur w środku… Aj, zaraz! Dlaczego mi zaglądasz do pyska? No nie, no pewnie że nie zjadłam kawałka tej koziek kreatury no co ty , no jak w ogóle mogła tak pomyśleć! Co z tego, że zjadam wszystkie muchy i pajunki, co mi się pod łapy nawiną,no same się proszą  ale żeby od razu innego zwierza? No nie, kochana to mnie uraziłaś .Będzie koci foch i kocior przez cały wieczór. Odwrócę się do ciebie tyłem i prychnę ze dwa razy! Niech wiedzą kto tu jest królową.  Zaraz… ale co będzie z tyą kreaturą i jej pustą łapą.  Czy to już nie będzie stało na trawie? No bo niby jak – na trzech łapach?
Hmmm… zaraz… Gdzie oni to zabierali i co to jest klej? O ja ciebie… Patrz, pańcia, ta urwana łapa już się trzyma reszty kozy! No a mówiliście że nie można przyczepić czegoś co się urwało. To chyba ten klej muszę kiedyś jak nie będzie ludzików w domu go poszukać i sprawdzić jak to działa . Normalnie jakieś czary mary ten klej robi.

Wiesz mamuś, ja to nawet tą kozę lubię – bo ona nie biega, nie robi hałasu, a miło tak się położyć na trawie w jej cieniu, kiedy lampa słoneczna tak grzeje
że moje futro robi za kombinezon a jak wiadomo nie mamy suwaka, a w jej cieniu można nawet wytrzymać jest chłodno i przyjemnie. Stoi i na czterech łapach mleka nie daje ale cień daje . Mamuś więc każda koza cuś daje ???? Czekam na odpowiedź niecierpliwie , aaaa i z kozą jednak może się kot zaprzyjaźnić .

P.S.

Mamuś i ona nie śmierdzi no mówię Ci naprawdę .